4. Obszar regulacji

W unza wskazane zostały m.in. reguły korzystania z tej części dokumentacyjnego dziedzictwa, która stanowi państwowy zasób archiwalny. Wskazane, a nie ustalone, bo w normatywnym porządku nie doszło do wytyczenia domeny, która byłaby dla archiwów specyficzna. W przeszłości takie próby punktowo podejmowano, zwłaszcza w kierunku stanowienia szczególnych restrykcji, ale z czasem przeważył pogląd, że finalna archiwizacja dokumentów jest zdarzeniem organizacyjnym, pozbawionym dostępowej istotności. Ma wprawdzie miejsce zmiana zarządcy, ale ten aspekt właściwie pozostał w unza domyślny. Jeśli na progu archiwum coś się zmienia, to z racji wyraźnego upływu czasu od zapisania informacji, jej oderwania od bieżących interesów, zmurszenia sekretów i tajemnic.

Poza tym, dla znacznej części instytucji, które prowadzą „działalność archiwalną”, udostępnianie składników dokumentacyjnego dziedzictwa zaliczane jest do kardynalnych zadań. Z tych względów na archiwalnym etapie życia dokumentów wyeksponowaniu ulegać mogą wolności informacyjne. Normatywne podstawy reguł pozostają wszak niemal takie same, jak przed końcową archiwizacją, z zastrzeżeniem bieżących przeobrażeń w systemie prawa. Pozyskiwanie informacji przez zainteresowanych – bez względu na status gromadzenia i przechowywania jej źródeł – korzysta z rozległych i złożonych gwarancji albo napotyka uprawnione bariery. Dostępowych przepisów unza mogłoby nie być. Będąc zaś, sytuują archiwa w ogólnym systemie wolności i praw, nie przenosząc użytkowników zasobu archiwalnego w odrębną sferę prerogatyw ani zakazów.

W 2016 r., po latach dość licznych cząstkowych nowelizacji, przepisy te uzyskały całkowicie nowe brzmienie. Zmiana objęła nie tyle istotną normatywną treść, co głęboką redakcję tego, co niegdyś spisano według przebrzmiałych już legislacyjnych standardów, mimo że pod wpływem nowatorskich intuicji. Rok 1983, gdy ustawę uchwalono, lata go poprzedzające i szereg następnych to czas przewagi państwa nad obywatelami. W przypadku unza (jak i całego ówczesnego porządku prawnego) przejawiło się to w przyzwoleniu na dowolne konkretyzowanie przez organy publiczne treści przepisów, które uchwalane były często w postaci zaledwie ramowej. W umiarkowanym natomiast stopniu – co najwyżej w warstwie językowej – ustawa ta dotknięta została autorytarną skłonnością do reglamentacji wolności i praw informacyjnych. Protoliberalne dostępowe koncepcje wyróżniały ją na tle ówczesnego systemu unormowań. Zachowawcze okazały się raczej postawy adresatów przepisów, zarówno pracowników, jak i gości archiwów, a współwystępowanie imperatywności tych pierwszych i uległości drugich przez lata nie ustawało. Sama natomiast unza, z racji informacyjnej otwartości, może być uważana za progresywistyczny fenomen swojej zamierzchłej epoki.

Wszystkie zmienione przepisy unza znajdują się w rozdziale „Państwowy zasób archiwalny”. Zdeterminowało to zasięg oddziaływania regulacji, z tym jednak, że wskazanie podmiotów zobowiązanych do stosowania zmodernizowanych zasad udostępniania materiałów archiwalnych uległo zawężeniu w stosunku do ustawowego katalogu  prowadzących działalność archiwalną w zakresie tegoż zasobu[1]

Dalszych wyłączeń od stosowania znowelizowanych unormowań wyraźnie nie zastrzeżono, choć faktycznie ustawa zderza się zarówno z przepisami szczególnymi, jak i praktykami w instytucjach, które prowadzą tzw. archiwa wyodrębnione. Najbardziej doniosłe wyjątki, wręcz odstępstwa od sformułowanego na nowo standardu, wynikły z pozostawienia w unza delegacji do specyficznego uregulowania dostępności tychże archiwów wyodrębnionych[2]. Kolizje z ustawą – mające źródła częściowo zwyczajowe – występują ponadto w działalności publicznych bibliotek i muzeów, jeśli przechowują dokumenty, które spełniałyby kryteria zaliczenia do materiałów archiwalnych. Nowa wersja unza nie negowała trudnego status quo, choć zarazem milcząco zrobiła miejsce dla ewentualnych konwertytów, otwierając przed nimi drzwi do stosowania jej dostępowych reguł.

Modernizacyjna powściągliwość inicjatorów nowelizacji unza nie była pod tym względem aprobatywna. Uchylili się tylko przed otwieraniem kolejnego wątku zmian, bo na pierwszym planie stawiali reguły, które przesądzały o jakości dostępu do archiwów państwowych. Dodanie do tego zagadnień, które obejmowała delegacja dla archiwów wyodrębnionych, nierealistycznie poszerzałby zaś skalę projektu, pociągając za sobą ryzyko – graniczące z pewnością – oporu oraz impasu.

W procesie legislacyjnym wystąpiła sygnalizowana już osobliwość, która wpłynęła na kształt regulacji: inicjatywę w sprawie nowelizacji skupił w swych rękach zwierzchnik archiwów państwowych, eksponując swoje koncepcje i priorytety. W tym czasie w nikłym już stopniu był w stanie efektywnie sprawować funkcję centralnego organu administracji rządowej w sprawach państwowego zasobu archiwalnego, lecz przeważyła okoliczność, że inni zobowiązani nie zaangażowali się widzialnie w uzgodnienia projektu zmian. Ich objawowa pasywność brała się zapewne z poczucia pomniejszego znaczenia unza w ich rutynie, a bardziej jeszcze z utrwalonego polegania na przepisach odrębnych, w tym podustawowych, które w stosunku do tej kategorii zobowiązanych znacznie ograniczały stosowanie odnowionych unormowań. Nawet zresztą, gdy nie tak stanowiły, z takim skutkiem były używane.

Nowelizacja z 2016 r., stanowiąca 37. zmianę w unza, zyskała charakter reformacyjny: dążyła na ogół do wypełnienia dotychczasowych niedopowiedzeń i niekonsekwencji ustawowej regulacji. Nie miała na celu wykreowania na nowo integralnego modelu udostępniania dokumentacyjnego dziedzictwa, lecz tylko usunięcie i zastąpienie rozwiązań, które wykazywały dysfunkcje w normowaniu tego wycinka działalności archiwów. Na miejsce skreślonych nowelizacja wprowadziła przepisy poprawne w świetle standardów prawnego porządku, poddanego systemowym przeobrażeniom u schyłku zeszłego stulecia. Natura jej była responsywna – stanowiła reakcję na rażące wady i luki unza, niedogodności wykrywane na przestrzeni lat. Przy tym jednak utrzymywała się w ramach zastanego konceptu, dopasowywała się do korpusu ustawy, dokonując swoistego „przekładu” dotychczasowych przepisów dostępowych na język współczesnej legislacji. W umiarkowanym natomiast zakresie dążyła do przełomowych innowacji. Wynikało to z zasadniczej aprobaty inicjatorów nowelizacji wobec założeń oraz intencji ustawodawcy działającego w 1983 r., a z drugiej strony – ze sceptycznego poglądu na programowy dorobek środowiska archiwistów, niepomyślnie rokującego dla projektu, który byłby kompleksowy i nowatorski. Potrzebna byłaby integralna koncepcja, z przeobrażonymi założeniami i aparatem pojęciowym, a zmiany w takiej skali nie było komu unieść. Ta względna zachowawczość nie wykluczała zarazem krytyki unza – wykraczającej nawet poza zakres dokonanej nowelizacji.

Zastanawiające mogłoby się wydać, że na przestrzeni dekad, naznaczonych ekstremalnymi zmianami, reguły dostępności publicznych archiwów historycznych (na których skupia się unza) zdają się pozostawać w kręgu tych samych pryncypiów. Nie jest to całkiem ścisłe; trwanie było profitem z następujących po sobie dyskretnych adaptacji. Poza tym, informacyjna otwartość korzysta ze wsparcia wolnościowego paradygmatu, aksjologicznie ugruntowanego i mającego stabilnie wysokie społeczne poparcie. W powszechnej  świadomości zagościł od niedawna, ale zdaje się mocno w niej zakorzeniony – choć nie na prawach wyłączności. Uprawnione dostępowe obiekcje skupiają się natomiast w cienkiej chronologicznej warstwie dynamicznej i poszerzonej współczesności. Gdyby nie była wypełniona sekretami żyjących ludzi, to strapień przysparzałaby tylko nietrwałość materii, naturalna przeważnie destrukcja dokumentów. 

Ponadto, na warunki dostępności państwowego zasobu archiwalnego wpłynęła kolejna nowelizacja unza, dokonana w 2019 r. w związku z implementacją w krajowym systemie prawnym europejskich przepisów o ochronie danych osobowych. Ówczesne modyfikacje nie skutkowały w ogólności pomniejszeniem możności korzystania z zasobu archiwalnego. Przeciwnie, punkt ich ciężkości przypadł na moderowanie restrykcji przetwarzania danych osobowych w działalności archiwalnej, w tym zwłaszcza w związku z gromadzeniem oraz udostępnianiem materiałów archiwalnych. Zgodnie z naturą wdrażanych przepisów, ochronne dylematy objęły niewielki czasowy przedział archiwalnych zasobów, poddany wszelako  nasilonej eksploracji. Z uwagi na cele unormowań, archiwa zostały zobowiązane do zabezpieczania danych przed nieuprawnionym przetwarzaniem, lecz niezamknięte przed zainteresowanymi pozostały te treści, które stanowiły fundament historycznych świadectw. Wagę miało zapewnienie, że archiwa gromadzą dokumentację, jaka faktycznie powstała, bez względu na jej wady, w tym ewentualną bezprawność sporządzenia albo nieprawdziwość informacyjnego przekazu. Zmiany w przepisach ustawy, które zaczęły obowiązywać z dniem 16 czerwca 2016 r. oraz 4 maja 2019 r. objęły całość reguł dostępności dokumentacyjnego dziedzictwa, które zostało zgromadzone przez podmioty oraz quasi-podmioty, wyróżnione zobowiązaniami w tym zakresie – z zasygnalizowanym ominięciem szczególnej regulacji dla archiwów wyodrębnionych, a także wykluczeniem archiwów zakładowych. Nie byłoby więc celowe – z wyjątkiem nieodzownych okazjonalnych nawiązań – sięganie w przeszłą, długą i frapującą historię unza. W literaturze przedmiotu dawniejsze brzmienie przepisów oraz przeobrażenia regulacji poddane zostały odrębnym analizom[3].


[1] Art. 23 unza.
[2] Art. 17. ust. 3 unza, szczególnie w brzmieniu ustalonym w Dz.U. z 2011 r. Nr 123, poz. 698.
[3] Czesław Biernat, Ustawa o narodowym zasobie archiwalnym i archiwach [w:], Archeion, t. LXXX, Warszawa 1986, s. 55 – 85; Dariusz Grot, Ku przeszłości otwartej. Dostępność archiwów państwowych w Polsce w latach 1918-2014, Warszawa 2015.

3. Źródła prawodawczych inicjatyw

Przywoływane poniżej „intencje ustawodawcy” to konwencjonalne wyrażenie, które w odniesieniu do unza odczytywać trzeba krytycznie. W ponadczasowej praktyce legislatywa umiarkowanie interesowała się problemami dokumentacyjnego dziedzictwa. Sytuują się one na peryferiach polityki, nie spełniając kryteriów ważności upowszechnionych w sferze rządzenia. Formowanie zbiorowej pamięci, trwały instrument władzy, obywa się bez archiwów, a wystarczają mu historyczne mitologie. W 1983 r. unza została przegłosowana przez milczący, obojętny Sejm[1]. Dostrzeganie depozytariuszy spisanej pamięci zdarza się incydentalnie, na ogół w powiązaniu z doraźnymi oczekiwaniami ekspansywnych uczestników życia publicznego.

Większość projektów zmian w unza oraz projektów wydanych do niej przepisów wykonawczych przez dekady stanowiła produkt urzędu naczelnego dyrektora archiwów państwowych, procedowany dalej na legislacyjnej ścieżce. W biegu projektów aktywizują się niekiedy grupy nacisku, ale ściśle w granicach selektywnych zainteresowań. Ubocznym skutkiem jest nieobecność merytorycznego superwizora albo tylko krytycznego współuczestnika, który weryfikowałby projekty z zewnątrz, wolny od subiektywizmu  ich twórców, a także czynionych przez nich, po części nieświadomie, założeń. Wśród ingerencji spoza grona faktycznych projektodawców przeważają te z zakresu techniki legislacyjnej. W kontekstach tu uwzględnianych wola ustawodawcy z reguły kształtowana więc była przez same archiwa państwowe, a ściślej – zespoły urzędników nadrzędnego organu. W retorycznym skrócie, z punktu widzenia tych archiwów – „ustawodawca to my”.

Prawotwórcza dominacja jednej grupy archiwów, przejawiająca się w kształtowaniu – czasem bez legislacyjnej biegłości – zarówno  samego korpusu unza, jak i kilkudziesięciu jej nowelizacji, niekorzystnie wpłynęła na efektywny zasięg ustawowego unormowania działalności archiwalnej. Zjawisko to dotknęło również przyswajania standardów profesji, w których przepisy prawa powinny znaleźć rozwinięcie. „Państwowa sieć archiwalna”, zapisana w ustawie, w znacznym stopniu pozostała abstrakcyjnym pojęciem; nie zrosła się w rzeczywistą całość. Utrzymała się również przepaść między nią a innymi  przechowawcami materiałów archiwalnych. Stan ten budzi obawy z perspektywy zarządzania dokumentacyjnym dziedzictwem. Trwały kryzys wyraża się również w nikłej skuteczności ustawowych zasad udostępniania materiałów archiwalnych, z łatwością wypieranych przez przepisy szczególne oraz rozproszone praktyki.

Zastrzec niemniej trzeba, że przedłożony Sejmowi projekt unza, przyjęty w 1983 r., był rezultatem długiego, kilkunastoletniego (choć nieciągłego) procesu, z udziałem wielu aktorów[2]. Szczegóły jego biegu nie dość zostały zapamiętane, ale przeobrażeń koncepcji oraz wariantów normatywnej treści nie tracili z oczu trzej kolejni w tamtych latach zwierzchnicy archiwów państwowych. Zwłaszcza ostatniemu z nich, który doprowadził przedsięwzięcie do skutku, środowiskowa legenda przypisuje brawurową ingerencję w projekt ustawy, na niewiele godzin przed skierowaniem do Sejmu. Wszyscy oni w zamysłach prawnej regulacji mieli na względzie – choć nie do ustalenia są wagi ich dążeń w tym kierunku – zaspokajanie poznawczych potrzeb i dostępność publicznych archiwów[3]. Żaden nie był podobny do bohaterów szkolnych czytanek, lecz każdy angażował się – czasem na paradoksalne sposoby – w badania naukowe, w tym historyczne, albo przynajmniej przywołujące autorytet nauki. Wykoncypowali w rezultacie unormowania na miarę interesów zawodowego środowiska, które chcieli uważać za swoje i dla którego mieli względne zrozumienie. Rys informacyjnej otwartości, w unza niezaprzeczalny, brał się więc nie tyle z liberalnego ducha, co wyrażał respekt dla oczekiwań profesjonalnych badaczy. Uchwalone dostępowe przepisy pozostawiły poza tym podmiotowe niedomknięcie, które przeobrazić miało się z czasem w szeroką drogę dla rozmaitych zainteresowanych. Idee powszechnych wolności informacyjnych zdawały się niemniej pozostawać – co nie stanowi inwektywy – poza horyzontami mentalności ojców unza, niejednakowych, lecz wspólnie zadomowionych w opresyjnym porządku. Gwarancjom dostępu do informacji towarzyszyły więc klauzule reglamentacyjne – w znacznym stopniu, co prawda, uśpione.

W urzędzie zwierzchnika archiwów państwowych znany był wolnościowy potencjał unza, ale ta wiedza, pozostająca w wąskim kręgu znawców, dalece nie od razu przełożyła się na wykonawczą praktykę. Prekursorskie tendencje uległy zawieszeniu. Liberalne i w miarę efektywne miało być dopiero normotwórcze odczytanie dostępowych przepisów na nowo, w kilkanaście lat po ich uchwaleniu, po upływie przewlekłego zaćmienia. Niemal drugie tyle upłynęło do nowelizacji unza, która dążyła – nie w pełni skutecznie – do wyzwolenia idei z nieskładnej formy. Dawni promotorzy ustawy podlegali uwikłaniom swoich czasów, byli znanymi osobistościami, funkcjonującymi wprawdzie na peryferiach zarówno systemu politycznego, administracji rządowej, jak i świata nauki, ale dobrze rozpoznawalnymi – również poza siecią państwowych i innych publicznych archiwów. Sprawiało to, że z początku unza nie była całkiem postrzegana w kategoriach wąskiej branżowości. Kruche i różnie skalowane umocowanie „pierwszych archiwistów” w świecie władzy i administracji miało jednak w przyszłości słabnąć, ze skutkami dla mocy oddziaływania ustawowych przepisów.


[1] Por. Emilia Leśniewska, Droga do ustawy o narodowym zasobie archiwalnym i archiwach (w:) Archeion, t. CXV/2014, s. 42.
[2] E. Leśniewska, Droga do ustawy …, s. 25-44.
[3] Por. Alicja Kulecka, ‘Maximum of Information’ – ‘Minimum of Records’: Collection Building Policy in the Work of Director of Department of National Archives and Chief Directors of State Archives (1945–1989) (w:) Res Historica. Czasopismo Instytutu Historii UMCS,  49/2020, s. 425;  https://journals.umcs.pl/rh/article/view/8917 [odczyt: 2021 10 10].

2. O czym?

Dostępowe unormowania ustawy o narodowym zasobie archiwalnym i archiwach (dalej jako „unza”)[1] kształtują możność korzystania z dokumentacyjnego dziedzictwa, osobistej partycypacji w eksplorowaniu spisanej przeszłości. Ich zasadą jest informacyjne otwarcie ku zainteresowanym, ale mogą też skrywać restrykcje.

Komentowane przepisy odnoszą się do sposobu, uwarunkowań i trybu komunikowania swoistych informacyjnych reliktów, nazywanych – w imię płytkiej tradycji – „materiałami archiwalnymi”[2]. Wyrażenie odnosi się do tych utrwalonych świadectw, w których dostrzeżona została nieprzemijająca poznawcza wartość – dokumentujących dzieje społeczeństwa i państwa. Poruszycielami obu tych ostatnich byli i są ludzie, kreatorzy oraz powiernicy mnemicznych śladów, też więc znaleźli się w polu widzenia ustawy. Podsuwa ona określenie owego nagromadzenia treści jako „narodowego”, nie wyposażając go jednak w etniczne konotacje. To etykieta sprawczości wielogeneracyjnej „wspólnoty politycznej”, nieciągłej i niejednorodnie gęstej, splecionej z mnogich żywiołów – która dotarła do unifikacyjnego podsumowania[3]. Wybrane pozostałości zapisywania, czynności cywilizacyjnej, podlegają, z racji przyznawanego im znaczenia, bezterminowemu przechowywaniu. Na ogół nie powstawały jako historyczne dowody ani relacje, ale funkcjonowały w swoich przebrzmiałych teraźniejszościach i były wówczas instrumentami praktycznego działania. Pierwotna, utylitarna rola ma zwykle następstwa dla dalszego sensu i wagi informacyjnych przekazów. Niemniej jednak, z biegiem lat stają się czymś innym. Zyskują walor śladów przeszłości, przeobrażają się w punkty  obrazu dziejów. Wyobrażalne jest nabywanie przez nie z czasem wymowy wcześniej nierozpoznawanej.

Unormowania, o których tu mowa, nie tylko dotyczą komunikatów, które wyróżniać ma nieprzemijająca informacyjna istotność, ale ponadto zaczynają działać na takim etapie ich bytowania, gdy z zasady (nie zawsze faktycznie) utracą już swą początkową, praktyczną użyteczność, przechodząc w sferę wiedzy. Nie wszystkie wprawdzie akty wglądu w tego rodzaju treści biorą się z epistemicznej aspiracji, lecz właśnie ona jest uznawana za emblematyczną.

Kryterium kognitywne spotyka się z dawnością. Upływ lat i wieków przynosi zacieranie znaków pamięci, a w tym – utratę części dokumentacyjnego dziedzictwa. We wspólnotach, które ocaliły niewiele, nawet nikły skrypturalny osad stanowić może poznawczą i symboliczną cenność. Respektuje się zarówno jego treść, jak i materialną postać. Niekiedy bywa pod oboma względami błahy, a liczy się jako sam dowód, że przed wiekami lub tylko przed dziesięcioleciami zapisywano – przeciw ulotności czasu i pamięci. To świadectwo szczególnej aktywności, ślad funkcjonowania struktur administracyjnych albo systemów gospodarczych, albo twórczości. Może być przejawem wielorakich ludzkich dążeń i zachowań, sposobów kształtowania zbiorowego albo jednostkowego życia.

Wśród ustawowych wyróżników kluczowej części  „materiałów archiwalnych” występuje ich publiczna własność[4]. Bywa to jednak samym roszczeniem do takiego stanu rzeczy, opartym na kryteriach słuszności[5]. Zamierzchłość unza sprawia, że łącznie posługuje się ona pojęciem „państwowego zasobu archiwalnego”. Gdy w pierwotnym brzmieniu ją uchwalano, państwo – zrośnięte z partyjną biurokracją – było wszechobecne, pochłaniając również organy samorządu terytorialnego, a nawet wykazując splot z niektórymi społecznymi organizacjami. Tamten świat uległ przepadkowi, lecz przetrwał tradycyjny termin. Niemniej, dalece nie wszystkie z uwzględnianych tu dóbr powstały jako składniki mienia Skarbu Państwa, a „państwowe” słusznie byłoby w przytoczonym kontekście rozumieć jako „publiczne”. Granice tego ostatniego wytyczane są wprawdzie umownie i rozszerzająco, ze skłonnością do problematycznych inkorporacji[6]. Zadawniony terminologiczny etatyzm spotyka się z usankcjonowaną praktyką, gdyż postępowanie z informacyjnym dorobkiem organów jednostek samorządu terytorialnego i samorządowych jednostek organizacyjnych niezmiennie podlega kontroli rządowych agend, zaś jego część, zakwalifikowana jako najcenniejsza, docelowo jest przez owe agendy przejmowana do bezterminowego przechowywania. 

Przyjęło się, że depozytariuszami tego rodzaju reliktów są archiwa, w szczególności te nazywane końcowymi[7]. Granicy, która oddzielałaby zasoby archiwalne od innych zbiorów informacyjnego dziedzictwa nie sposób wyraźnie wytyczyć. Archiwa powstawały w kulturze pisma – i źródła utrwalone za pomocą konwencjonalnych znaków, również w technologiach elektronicznych, niezmiennie w nich przeważają. Nie to jest jednak dla archiwów specyficzne, a za odróżniającą je właściwość uważać wolno przewagę informacyjnych przekazów nieprzeznaczonych wstępnie do szerokiego rozpowszechniania – nawet bez prostych skojarzeń z jawnością, poufnością albo prawami wyłączności, a raczej w sensie dystrybucyjnych intencji oraz potrzeb pierwotnych dysponentów dokumentów, w tym zwłaszcza ich twórców. Nabyta później funkcja historycznego źródła usuwa ekskluzywizm, który często cechował początkową użyteczność.

Umownie, pojęciem „archiwów” obejmuje się – tu i poniżej – także organizacyjne byty (często pozbawione instytucjonalnej odrębności) inne niż archiwa, gdy prowadzą „działalność archiwalną” w rozumieniu ustawy, w zakresie państwowego zasobu archiwalnego, albo w jej prowadzeniu przynajmniej uczestniczą, gromadząc, przechowując i udostępniając dokumentacyjne świadectwa. Podobnie, „podmiotami” nazywa się też wielu zobowiązanych przez ustawę, którzy podmiotowością literalnie się nie odznaczają, ale nie poprzestają też na rolach czysto wykonawczych. Mowa więc o archiwach sensu stricte, lecz również o niebędących nimi instytucjach publicznych (w tym quasi-podmiotach) z kręgu struktur państwa lub samorządu terytorialnego, a przynajmniej organizowanych przez te instytucje bądź finansowanych – które wykazują zaangażowanie w omawiane tu funkcje. Doza terminologicznej umowności była niezbędna dla toku wywodu, który z założenia wykracza poza formalistyczną ścisłość. Tylko jedna kategoria archiwów uległa – w samej unza – kategorycznemu wykluczeniu z zakresu reguł dostępowych, z racji całkowitego ich podporządkowania instytucjom, przy których albo w których zostały utworzone. Są to tzw. archiwa zakładowe. Jednocześnie, wyróżnione zostały poniżej precedensy adresowania niektórych unormowań wyłącznie do określonych rodzajów zobowiązanych przez ustawę. Specyficzne regulacje dotyczą zwłaszcza archiwów państwowych. To ślad po ich początkowo dominującej pozycji w „państwowej sieci archiwalnej”.

Ponadto, archiwa te gromadzą fotografie, nagrania dźwiękowe, filmy, dokumentację kartograficzną, techniczną „oraz inną”. To ostatnie wyrażenie forsownie otwiera przedmiotowy zakres ustawowej regulacji, lecz jednak nie przybiera znaczenia „cokolwiek”. Z perspektywy korzystania z archiwów „czystość gatunkowa” nie ma zresztą większego znaczenia. W kontekście dostępności informacyjnego dorobku rozsądne okazuje się uwzględnianie wszystkiego, co faktycznie trafiło do archiwalnych magazynów lub cyfrowych repozytoriów – włącznie z dokumentacją, która może nie spełniać koronnego kryterium trwałej poznawczej wartości, albo (w umiarkowanej, co prawda, liczbie) z niedokumentacyjnymi obiektami mającymi walor estetyczny bądź symboliczny – bliskimi muzealiom. Kwalifikacja jest zawodna i chwiejna, a liczą się jej nieidealne, ale kategoryczne ewidencyjne przejawy.

Jeśli zaczyna się mówić o tym, czym jest udostępnianie materiałów archiwalnych, a także czym są te materiały, nie sposób odwrócić się od zagadnienia, dla kogo są dostępne. Ustawa wprost stanowi, że mogą być to wszyscy. Dokumentacyjne zasoby udostępnia się zwykle zainteresowanym zewnętrznym w stosunku do instytucji, w których funkcjonują udostępniające archiwa albo które wręcz są takimi archiwami. Unza nie zajmuje się dystrybucją informacyjnych zasobów wśród pracowników twórcy dokumentacji albo jego następcy bądź jej depozytariusza, ponieważ występują oni jako oczy i ręce instytucji, a nie autonomiczni użytkownicy, we własnym imieniu działający.

Składniki dokumentacyjnego dziedzictwa udostępnia się zasadniczo – jak wskazuje unza – w odzewie na samo oznajmienie zainteresowania, przeważnie bez potrzeby przedkładania dalszych uzasadnień. Te ostatnie miałyby zastosowanie dopiero w sytuacji, gdyby poznawcze dążenia spotkały się z uprawnioną skrytością.

Jest tu miejsce na terminologiczne zastrzeżenie: unza dotyczy ściśle udostępniania w jej rozumieniu – skądinąd niepewnym, pozbawionym definicji legalnej. Gdy przepływy zarchiwizowanej wiedzy następują na innej prawnej podstawie, należy posługiwać się – choć nie bez zastrzeżeń – regułami oraz terminami właściwymi dla stosownych przepisów odrębnych. Czynności  zewnętrznie podobne do udostępniania mogą w istocie być np. „oględzinami dowodów”.

Główny nurt korzystania z archiwalnych zasobów obejmuje dowiadywanie się (z różnymi motywacjami) o tym, co zostało w nich utrwalone, często w zamiarze ogłaszania informacyjnych znalezisk oraz wywiedzionych z nich konkluzji. Masowość dokumentacyjnego dziedzictwa czyni te zasoby dziedziną eksploracji i odkryć. Jest to zarazem użytek, który wprowadza komentatorską refleksję w obszar informacyjnych wolności i praw.

Gwarancje dostępności tych reliktów, a zwłaszcza ich części będącej w gestii sektora publicznego, są liczne – ugruntowane w prawie międzynarodowym i krajowym. Zwieńczeniem stała się uogólniona wolność pozyskiwania i rozpowszechniania informacji, mająca rangę konstytucyjną[8]. Ustawa zasadnicza sformułowała również zamkniętą listę dozwolonych przesłanek odstępowania – zwykle częściowo – od zawarowanych przez nią dobrodziejstw[9]. Pod tym względem dla publicznych archiwów, które udostępniają swoje zasoby w rozumieniu unza, specjalne znaczenie mają zapewnienia dawane przez prawodawców osobom innym niż zainteresowani wglądem w dawne dokumenty. Nie tylko przeciwnym dostępowi, ale nawet bezwiednie narażonym na wynikłe z niego ryzyko ingerencji ze strony pozostałych. Uprawnione interesy mogą przemawiać za limitacją korzystania z informacyjnych swobód.

Cieniem poznawania jest więc ukrycie – moderowanie dociekliwości zainteresowanych. Niektórym typom wiadomości nadaje się obieg przejściowo ograniczony, bo mogłyby przez pewien czas zyskiwać abuzywne i bezprawne zastosowania. Gromadząc informacyjne zasoby archiwa zaciągają zobowiązanie, że będą  temu ryzyku przeciwdziałać. Czynić to powinny  w granicach negatywnych wyjątków, które określone są w Konstytucji i często skonkretyzowane przez ustawodawstwo zwykłe.

Ustawowa regulacja marginalnie objęła też zagadnienie spoza sfery dostępności zapisów informacji – lecz doszło do tego tylko w zakresie niezbędnym dla usunięcia wątpliwości – poprzez oznaczenie i odgraniczenie owego  innego jako różnego od udostępniania w rozumieniu unza, a podległego przepisom odrębnym względem tej ustawy. To przede wszystkim obszar korzystania z archiwalnych zasobów do celów obrotu prawnego, urzędowego potwierdzania treści dokumentów, wydobywania ich znaczenia dowodowego.

Istotne reguły unza, które dotyczą m.in. udostępniania materiałów archiwalnych, przez lata zdawały się adresowane wyłącznie do archiwów państwowych. Nowelizacja z 2016 r. przesunęła akcenty w dziedzinie udostępniania, nominalnie poszerzając podmiotowy zasięg zobowiązań, choć z pewnością nie zapewniła efektywnej zmiany. Gdy unza była uchwalana, archiwa państwowe przeważały wśród końcowych repozytoriów dokumentacyjnego dziedzictwa. Archiwa wyodrębnione, wyjęte spod władzy rzeczowo właściwego centralnego organu, pozostawały zaś nieliczne i niespornie wyjątkowe. Nie miało więc ważkiego znaczenia, że przyznano tym drugim samodzielność w wypełnianiu zadań. Później owe proporcje uległy poważnym zmianom, instytucja wyodrębnienia uległa upowszechnieniu i banalizacji, lecz utrzymało się przyzwolenie, by wiele jednostek sieci archiwalnej (z gruntu już niesystemowej) zarządzało „swoją” częścią dokumentacyjnego dziedzictwa według własnych zasad. Nawet dostępowa regulacja, która jest wspólna dla większości archiwów wyodrębnionych, ma w tym sensie naturę aktu tolerancyjnego. Pozwala uchylać się od wypełniania standardów unza.

Natomiast przypisywanie bibliotekom i muzeom ze sfery finansów publicznych możliwego prowadzenia także „działalności archiwalnej”, włącznie z udostępnianiem materiałów archiwalnych, uległo rozbrojeniu przez nakładające się znaczeniowo ustawowe definicje różnych rodzajów zbiorów[10]. Ten, w czyich rękach znajdą się wstępnie nieznaczone kulturowe relikty, w drodze swobodnego uznania czyni je odpowiednio bibliotecznymi, archiwalnymi lub muzealnymi – sankcjonując to poprzez użycie preferowanego przez siebie ewidencyjnego urządzenia. Istnieją wprawdzie obiekty, które w miarę jednoznacznie przypisać można do typu przechowawcy – ale w ogólności prawo nie wytycza skutecznie granic między materiałami bibliotecznymi i archiwalnymi oraz muzealiami.

Niemniej jednak, ustawowe reguły korzystania ze zarchiwizowanych świadectw przeszłości przejawiają normotwórcze oddziaływanie, które przenika na obszar owej ryzykownej autonomii wielu przechowawców dokumentacyjnego dziedzictwa, skutkuje umiarkowaną, lecz dostrzegalną konwergencją. Nie byłoby więc uzasadnione omawianie przepisów unza w ograniczającym odniesieniu do samych archiwów państwowych.

Komentarz nawiązuje do aksjologicznych i prawnych kontekstów funkcjonowania przepisów o udostępnianiu materiałów archiwalnych, lecz w równej mierze bierze pod uwagę praktykę ich stosowania (a w tym: niestosowania) w działalności instytucji, które podlegają odpowiednim ustawowym zobowiązaniom.

Nader oszczędne są tu odniesienia do literatury przedmiotu – choć nieraz formułuje ona twierdzenia o ważnych aspektach dostępności archiwów. Dystans wobec niej i arbitralność wywodu były potrzebne, by trzymać się określonej egzegezy unza, bez poszerzania horyzontu o krytykę innych podejść do tytułowego zagadnienia. Odnotowano to, co nie ma – prawda, że w subiektywnej ocenie – znamion pomyłki, a stanowi alternatywny pogląd. Z reszty odmienności należało zdawać sobie sprawę i przynajmniej je zapamiętać, także jako odrzucone. Systematyczna analiza wielogłosu niechby wszak zaczekała na osobnych, niewykluczonych glosatorów.

Nie ulega wątpliwości, że komentarz ten, stosunkowo obszerny, przynosi również odpowiedzi na pytania, których nikt nie zadaje. Przekracza granice zainteresowań, które są wyrażane w obrębie zagadnień dostępności archiwalnych zasobów. Chociaż na pierwszym planie opracowania sytuuje się aspiracja do praktycznych jego zastosowań, nie sposób przecież kierować się tylko rozpoznawanymi oczekiwaniami jego adresatów. Poza wszystkim, co szeroko dostrzegane, kryją się inne jeszcze aspekty, które wpływają na warunki eksploracji dokumentacyjnego dziedzictwa. To, że niektóre pytania na co dzień nie padają, nie pozbawia ich znaczenia ani nie zwalnia z prób odpowiedzi na nie.

Dostępowe przepisy unza można by wprawdzie uważać za dotknięte małoważnością. Nie cechuje ich wyjątkowa innowacyjność, a czerpią treść z ugruntowanego już normatywnego dorobku. Przestrzegane są przy tym pobieżnie, zaś w zakresie odmowy dostępu – sporadycznie. Ustępują przed zwyczajami i praktykami – te zaś wykazują znośną funkcjonalność. Roztrząsanie legislacyjnych niuansów, które mają ograniczony udział w rzeczywistości archiwów oraz ich interesariuszy, nie odznacza się więc oczywistą niezbędnością. Istotna jest niemniej obecna w tym wywodzie refleksja nad postawami wobec informacyjnych wolności i praw.

Poza tym, komentarz jedynie wyrywkowo pomnaża doktrynalny dorobek. Żywi się bowiem nie tyle lekturą unza, co realnymi precedensami jej zastosowań, zwłaszcza poza codzienną rutyną. Te zaś w działalności publicznych repozytoriów dokumentacyjnego dziedzictwa bywają trudno uchwytne lub tylko incydentalnie poddawane zastanowieniu. W tym niedostatku kryją się dolegliwe problemy zadomowienia archiwów – nieustannie poszukujących tożsamości a w części będących pod presją marginalizacji – w kręgach kultury normatywnej i administracyjnej. Brzmienie dostępowych zasad unza ustalone zostały nowelizacją tej ustawy sfinalizowaną w 2016 r.[11] Dopełnieniem stały się  przepisy dodane trzy lata później[12]. Chociaż modernizacja była rozległa, to powściągliwie ingerowała w sam model prawnej regulacji, nie podważając aksjomatów gromadzenia i  używania dokumentacyjnego dziedzictwa. Nie dążyła do rewizji głębokich założeń. Skoncentrowała się na wyizolowanym aspekcie „działalności archiwalnej”, a w żadnej mierze nie korespondowała z rozpalającym się od lat dyskursem o fenomenach archiwizacji jako złudnego remedium na cywilizacyjne kryzysy pamiętania[13]. Poprzestała też na elementarnym ujmowaniu archiwów jako repozytoriów dokumentacji, z zachowaniem perspektywy ściśle legislacyjnej, odizolowanej od metonimicznych rozszerzeń, które w ogólności bywają czynione. Obie nowelizacje nie zajęły się więc tym, co można w archiwach uzyskać (źródłową wiedzę? niepewne konstrukty? arbitralne wyimki? opresyjną formację?) – ale tylko, jak tego dokonywać.


[1] Ustawa z dnia 14 lipca 1983 r.; Dz.U. z 2020 r., poz. 164.
[2] Komentarz obejmuje artykuły 16, 16a-16e, 22b-22d unza.
[3] Pojęcie przywołane tu w znaczeniu związku ludzi, zwłaszcza w postaci organizacji państwowej, wywodzonym we współczesnej myśli politycznej z traktatu św. Tomasza, O królowaniu, Kraków 2006.
[4] Unza, art. 1-3.
[5] Unza, art. 15 ust. 3.
[6] Unza, art. 44.
[7] Pojęcie „archiwum końcowego” nie jest znane przepisom krajowego prawa. Pojawiło się natomiast w archiwistycznej literaturze, dla oznaczenia repozytorium, w którym materiały archiwalne kończą swój bieg, by trwać dalej bez czasowych ograniczeń. Por. Tadeusz Grygier, Zarząd aktami. Problem centralny archiwistyki współczesnej (w:) Archiwa, biblioteki i muzea kościelne. T. 38/1979, s. 18 [90]. Pojęcie to mogło zostać zapożyczone z języka archiwistyki francuskiej (les archives dèfinitives).
[8] Art. 54 ust. 1 ustawy z dnia 2 kwietnia 1997 r. – Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, Dz.U. z 1997 r. Nr 78 poz. 483 ze zm. (dalej jako „KRP”).
[9] Art. 31 ust. 3 KRP.
[10] Ustawa z dnia 27 czerwca 1997 r. o bibliotekach, art. 5 (Dz.U. z 2022 r. poz. 2393); ustawa z dnia 21 listopada 1996 r. o muzeach, art. 21 (Dz.U. z 2022 r. poz. 385); unza, art. 1.
[11] Zmiana wprowadzona przez art. 26 ustawy z dnia 25 lutego 2016 r. o ponownym wykorzystywaniu informacji sektora publicznego; Dz.U. z 2019 r., poz. 1446. Obowiązywała od 16 czerwca 2016 r.
[12] Zmiana wprowadzona przez art. 11 ustawy z dnia 21 lutego 2019 r. o zmianie niektórych ustaw w związku z zapewnieniem stosowania rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych); Dz.U. z 2019 r., poz. 730 (dalej jako „ustawa zapewniająca stosowanie rozporządzenia 2016/679”).
[13] Por. Pierre Nora, Między pamięcią i historią, Gdańsk 2022, s. 104, 106-109, 154, 159, 168, 174-175; Jacques Derrida, Gorączka archiwum. Impresja freudowska, Warszawa 2016, s. 24, 31, 42, 84, 89; Danuta Ulicka, Doświadczanie czasu w przestrzeni archiwum, Warszawa 2024, s. 13-53.

1. Access regulations for public archives in Poland 2016-2024. A critical commentary (résumé)

Answer to the question of who is allowed to draw on the documentary heritage of generations is: everyone. The doors of the public archives are open to everyone, and no one is excluded from perusing the relics that form part of the common information legacy. Interested parties can then explore those relics according to their own self-defined needs, using their own queries. The value of these entitlements is not diminished by legal protection of secrets – public or private.

Statutory regulation applies to documentary relics that have been deemed to have enduring value for learning. For this reason, the law has endowed selected manifestations of recording, a civilisational skill, with enduring preservation. The legislators even used the audacious term: 'in perpetuity’.

Nearly all of those relics used to function in their presents, now long past, by delivering their utilitarian usefulness. Today, though their original sense remains, in the course of time passing they have transmuted into dots on an image depicting the past. They may even have gained a previously unrecognised insight value. They have transitioned from their original sphere of utility into the realm of knowledge. Although accessing them is not always motivated by desire to expand knowledge, nonetheless that particular motivation is considered emblematic.

Even when the contents of written relics are trivial, they retain their quality of being old. They are a testament that things used to be recorded – to defy the ephemerality of time and memory. They are tokens of multifarious aspirations, forged by people – the movers and shakers of past communities and states, as well as the creators and trustees of mnemic legacies.

Whatever the original role and importance of these relics, they were headed – unless lost along the way – towards the archives. Archives were one of many things  born from the culture of writing; what differentiates them from other depositories of information relics is the preponderance of content not intended for publication. Not for the reasons of secrecy, but in the sense of original distribution needs. It is a linguistic habit to position archives among the “institutions of memory”, emphasizing their function of carrying the knowledge of the past through time. Yet, they do not do so in a straightforward manner. They remember not what happened; but rather what was recorded, then survived despite countless odds, and – which is key – got noticed.

The archives are not limited to testimonies recorded in writing. Their holdings are so diverse that the legislators concluded the type listing with the phrase “or others”. The object type range, so forcefully opened, has nevertheless not taken the meaning of “anything and everything”. Still, the most unyielding facts are those technical in nature – inventory assignations of previously unmarked objects. Classification can be unreliable and volatile, and what ultimately matters are the access-related entries.

The power of catalogue arrangements works in reverse as well. “Institutions of memory” other than archives also, on occasion, collect the same types of documentary relics, but they give them their own designations – as per the rules of libraries or museums. They benefit from the legislators’ failure to assure separation, by definition, of different types of holdings. Whatever is in their hands is subject to their own rules, including those pertaining to access.

The legislators focused their attention on old documents, remaining in the purview of the public authorities. In the spirit of the authoritarian era, during which the archival law was enacted, the archives have been designated as “state archives”, since the state was all-encompassing at the time. The legislators knew about the existence of other written testimonies of history, but they could not, or would not, name them. It sufficed to indicate what they were not. The adjectives “state” and “important” seemed to be considered akin to each other. A principle was upheld of depositing indicated relics in historical archives, to which the archival community referred by an expressive term as “final”. For these, access regulations were established, albeit with varying attention.

The path to inclusivity of public archives was long. Once it was travelled, it now suffices to declare one’s desire to access the documents, usually with no need for justification. Questions can be asked of those interested only if their exploration desires encounter justified secrecy of others, creating a clash of interests. This tends to occur mostly in the chronological layer of extended contemporaneity, the domain of the living, but that is where the attention of archives’ guests is focused, and that is where the centre of gravity of this part of regulations lies. The rules of access constitute the exercise of freedom to access and distribute the information, while at the same time setting fair limitations thereof.

On occasion, however, a different category of interested users demand access to old documents: public officials, citing specific grounds for their demands. They are not bound by the Act on archives, but the archives are obligated to respect their privileges.

In the mainstream use of documentary heritage, access thereto is granted at the request of the person concerned. Not by permission of the archive manager; such an arrangement is not known under the archival law. The exercise of freedom does not require a permission. In contrast, the prerogative of the interested party may be called into question if it clashes with other freedoms and rights – with the prospect of partial or full refusal of access. In such proceedings, initiated ex officio by the archive authority, the onus is on the archive authority to demonstrate why it is undermining the implicit information freedom of the interested party. The latter may provide explanations, disclose the purpose of their research – but in no case does the process entail seeking the authority’s permission to access. The spectrum of outcomes includes various options to reconcile opposing information interests – in favour of disclosure and in favour of withholding – or to establish primacy of one over the other, with potential denial of access. It is also possible that the initial presumption of access constraints would be found erroneous, which should result in discontinuation of the proceedings.

Over several decades of the archival law remaining in force, its access-related module was modified a number of times. Nevertheless, even its original wording constituted a protoliberal phenomenon in the authoritarian era. Three subsequent heads of state archives have worked on the long-proceeded drafts. None of them outwardly resembled schoolbook heroes, but all of them were involved – sometimes in paradoxical ways – in academic research, including history, or at least in research invoking the authority of academia. Thus, the undeniable feature of information openness has reflected not so much the liberal spirit, as the internal interests of researchers’ community. The ideals of universal freedom of information seem to have remained out of mental grasp of the fathers of regulation, who, while differing from each other, were equally steeped in the oppressive order. And yet, formulas developed in their time were imbued with far-going potential.

This complex standard, evolving over time, does not, however, seem to have a strong impact. In particular, archives of certain bodies of authority and administration distance themselves from it, and remain, traditionally and in many countries, exempt from the general system – in the name of public interest. The institution of being exempted from the authority of the head of state archives had found many more adherents over the years and became trivialized. Accessibility of their holdings is regulated by an act of law that has the form of secondary legislation to the Act on archives, but its content is effectively a permission to not follow that Act.

The effective addressees of the access rules enshrined in the Act on archives are the state archives – which, contrary to their name, are by far not the only ones within the structures of state administration. It constitutes a major burden for them, as they have always lurked on the periphery of normative and administrative culture, not hungering for competences in  the area of information rights and freedoms. They do recognise them, but often stop at simplistic and wobbly references thereto. Thus, regulations in this area may turn out to be orphaned.

They could well be absent from the Act on archives. But by being there, they situate exploration of documentary heritage within the universal system of rights and freedoms. They do not transport those interested in its constituent elements into a separate sphere of prerogatives and prohibitions. The key principles of access, and even more so, denial of access, are, as it be, “borrowed” from elsewhere, from separate legislation. In the act devoted to the archives sector, access principles are but a list of references to other legislation, and in this particular place may seem almost secondary, redundant.

Final archivisation of documents is an organisational event, devoid of relevance in terms of access rules. If anything changes at the threshold of the archive, it is eventuated by the time that had passed since the information was recorded, its detachment from current interests, the decay of secrets and mysteries. At this stage of documents’ lives, information freedoms may become emphasized.

While archivistics focuses on documents, the access-related module of the Act on archives falls into the sphere of use of information versus its temporary concealment. Although it literally speaks of providing access to written records, its normativity pertains to the content itself, not the material form of the documentary relics. The only premise for denial of access that is reasonably “owned” by archives is protection of their physical integrity.

When access is granted in the setting of the reading rooms of the archives, those interested receive access to the content along with the carrier. It is only rarely, however, that they wish to examine the corpus mechanicum of the documents; predominantly they seek access to their their information content. For this reason, the “real” relics (including the relatively recent ones) and their images are made available interchangeably.  The concept of “original” is used sparsely, as the archives meticulously preserve also historical forgeries and copies, taking into account the fact that in the past they functioned as if authentic and elicited very real consequences.

This aspect was revisited in a particular way in connection with implementation of personal data protection laws; it took form of a stipulation that archives should also preserve documents original collection of which was unlawful or where such documents are false, inaccurate or incomplete. The archives preserve what was actually created. The nature of protection creates an impassable barrier, however the archives have shifted this barrier to the time of access, somewhat stretching the provision on “archiving purposes in the public interest”, included in the European regulation. This allows them to wait until the data protection expires naturally.

The legislators have never specified what providing access to documentary relics by archives consists of, what it actually is. For a long time they seemed to rely on the purported obviousness of the concept. When later they wanted to abandon this terminological fiction, a competing understanding of the concept, not favourable to archives, prevailed in the legal system. It described informational readiness. The holder of the content should share it in such a way that it can be consulted or downloaded immediately and freely by anyone. Open ICT systems are the natural environment for such operations. Movement of multiple portions of the information offered may never occur. It is conceivable that no such event will ever occur, but nonetheless sharing is deemed to have been achieved – by creating potential of access. This approach is employed in particular by the public sector open data standard.

The archives, on the other hand, were handed the minority version. Providing access to the documents collected is not interpreted as the sheer possibility of access, but rather specific instances of its execution. Each time, access is initiated by the interested individual. Understanding access as an actual event, episode, or sequence of episodes of information flow, remains inconsequential as long as it has a positive outcome. In such a situation, the term merely describes a sequence of technical and material actions, not greatly divergent from its alternative interpretations. The semantic divergence becomes salient when access is limited or denied, when the interested party’s plan does not come to fruition, at least not in its entirety. At this point, the event-driven rather than potentiality-related nature of providing access to documentary heritage comes to the foreground. Such lexical inconsistency could not, however, linger forever in the legal system – and it’s up to archives to seek new language.

Despite the definition shortcomings, the Act explains, that the archives provide access to collected documents, enabling the interested parties to peruse them. The archives ensure convenient methods of searching for them in registers, and subsequently of viewing their content. They are process organizers, but not co‑researchers. Their guests reach raw information contained in historical documents following their own criteria and as a rule are not guided or assisted (unless in specified modes), nor equipped with convictions. Such reticence does not exclude helpfulness, sharing expertise; the neutrality paradigm could blend into the background if it were not for manifestations of the alternative vision of archives, in which they influence people’s awareness and attitudes, shape collective memory and interpret the documentary legacy.

The mission of archives includes taking care of information apparatus and means to register the collected records – both the historical ones, with potential modifications, and those developed subsequently. Omissions and errors in this area would make the documentary legacy a land without maps, impassable.

Drawing from information holdings is free of charge.  Initially, the Act tied this guarantee with the objectives (needs) of the interested parties listed therein. Providing access for other purposes was to be paid, however this differentiation has never materialized. Currently archives refer to the charge model known from regulations on open data and re-use of public sector information. An interested party shall cover the cost of information transfer if it requires that the archive incurs additional costs due to requested “special method or form”. The two concepts of charging are separated through a long-lived notion of “archival services”. It is still present in the Act, but devoid of its former legal intent. It became embedded in the standard of information re‑use, as the access regulations for final archives can be seen as their early prototype, free even of application rigours.

The reference level of “ordinary” costs incurred by the archive, such as do not waive the guarantee of free access, is habitually associated with the interested party’s personal peruse of documents in the archive’s reading room. This type of access is close to realities from the distant past, when the Act on archives was enacted in a pre-digital world. With time, the ICT systems were to become the equivalent arena for exploring documentary heritage without incurring additional cost.

The interested parties access documentary relics of the past personally, or via the archives, requesting them to search for information and documents. They are allowed – beyond ordinary perusal, learning the content of the documents and traditional taking notes – to copy documents they receive in the reading rooms; in the virtual space, they can download files. Obtaining information with assistance from the archives usually occurs beyond the threshold of free access, with “special method or form” of transferring information remaining the conclusive criterion for deciding whether additional costs were incurred or not.

For decades, the Act on archives confronted demands for access with their constraints, generally referred to as “interests protected by the law”. Subsequently, those constraints were categorized. Statutory secrets were identified (both public and professional), and next to them – protection of personal rights and personal data. Protection of risks to integrity of documentary relics was also taken into account. Draft bill included copyright protection as well, but it was removed during the legislative process. It was of no particular significance anyway, given that the entire enumeration consists of references to separate acts of law, independently applicable.

Moreover, the archival law has developed its own specific form of information protection – delayed open access periods, assigned to several types of documentation that typically pose a risk for information autonomy of citizens. In most cases, they were correlated with estimated maximum human lifespan.

Access barriers of the first type could have been overridden by information privileges of interested parties, related to their social roles distinguished by the law, exercised occasionally (even if very regularly). This required examination during the denial of access proceedings. Open access periods, on the other hand, were definitive, and any deviations therefrom were nominally not subject to administrative discretion. Certain interested parties were eligible for waivers; not based on their information privileges, but rather who they are (especially if they were the subjects of the protected data). The law protects information autonomy of persons identified in documents – but not from themselves. It was also assumed that the status of persons thus entitled is objectivized, subject to determination without evaluation.

Near-absolute open access period rules, prohibiting access for multiple decades, have clashed against the culture of immediacy and the social habit of negotiating individual exemptions. Information autonomy of citizens turned out to be a value that was unable to compete effectively against the cult of mundane curiosity and a tendency to deem information privileges absolute. Open access wait periods were also weakened by their legislative imperfections. After a few years of being in force, they were effectively faded out of the legal order. This brought closer the perspective of going back to the original framework formula of access constraints, although clearly worded differently. A broad normative approach would have the Act stating that when providing access to documents, the archives shall give proportional respect to interests protected by the law, which may be affected by interested party’s accessing the content of the documents. The final archives’ struggle with conundrums and dilemmas of information freedoms and rights, including predictions of transformation of legal regulations, should be perceived as a stage coming to an end. Future methods of information creation and circulation are not fully cognizable, neither is the capacity to capture it – including the “perpetually” important. The rivers of communication flows seem to drift away from archives – such as they are. Thus, the future management of accumulating historical information stock is uncertain and its actors unknown.

Przepisy dostępowe publicznych archiwów w Polsce. Komentarz krytyczny. Stan prawny na 31 grudnia 2024 r.

Spis treści

  1. Access regulations for public archives in Poland 2016-2024. A critical commentary (résumé)
  2. O czym?
  3. Źródła prawodawczych inicjatyw
  4. Obszar regulacji

Cele archiwalne w interesie publicznym w rozporządzeniu ogólnym o ochronie danych

Europejskie rozporządzenie o ochronie danych nie zawiera nadzwyczajnej liczby przepisów. Wyróżnia się natomiast nieogarnioną złożonością problematyki. Niewiele jest też prawnych regulacji, które byłyby tak szeroko dostrzeżone i komentowane, a przy tym – nierozumiane. W potocznym odczuciu „RODO” to imię jurystycznego monstrum. Ochrona danych osobowych zyskała publiczny rozgłos, który nie pomniejszył dezorientacji.

Nawiązujący do rozporządzenia
komentatorski dorobek szybko stał się pokaźny. Nie do końca odkryte ani
rozpoznane pozostają niemniej peryferia tego aktu, jego szczególne
wątki. Wobec nich prawnicza biegłość okazywała się narzędziem
połowicznym. Znawcy nie pominęli ich, ale na pograniczu obcych im,
hermetycznych dyscyplin własne interpretacje formułowali powściągliwie.

Peryferyczna perspektywa z natury bywa wycinkowa, ale w swoim zasięgu pozwala na wyspecjalizowaną dociekliwość, przybliża mniej zbadane aspekty. W takim razie, inspirujący jest obszar niedawno dopiero włączony w sferę ochrony danych – „cele archiwizacji (albo: „archiwalne”) w interesie publicznym”.

Spis treści

  1. Co pod ochroną, a co nie
  2. Korzenie regulacji
  3. Intencje i motywacje
  4. Archiwizacja w interesie publicznym
    4.1 Aspekt archiwizacyjny
    4.2 Cele nie niezgodne
    4.3 Aspekt interesu publicznego
    4.4 Ograniczenia prawa do ochrony danych
    4.5 Ochrona praw i wolności
    4.6 Europejskie wyjątki archiwizacyjne
  5. Wyjątki krajowe
    5.1 Sprostowanie danych
    5.2 Ograniczenie przetwarzania
    5.3 Zabezpieczenia praw i wolności
    5.4 Dostęp do danych
    5.5 Treść zgłoszenia użytkownika
  6. Konkluzje
  7. Bibliografia

4.2 Cele nie niezgodne


Cele archiwalne w interesie publicznym w rozporządzeniu ogólnym o ochronie danych

Nie byłoby dostatecznym wyróżnikiem celów archiwizacji, że odwracają się od motywów, które przyświecały zbieraniu danych, ani nie byłoby nim realizowanie tych motywów po upływie okresu przewidzianego dla pierwotnego zastosowania danych. Rozporządzenie w ogólności bowiem dopuszcza odstępstwa od zasady ograniczenia celu przetwarzania, nie wyrzeka się modyfikacji przeznaczenia informacji o ludziach[1]. To, że w momencie zbierania danych osobowych powinno być wiadome, do czego zostaną użyte i jak długo będą wykorzystywane, zawsze stanowiło nie więcej niż ideowy wzorzec. Już pierwsze prototypy ochronnych unormowań przyzwalały na wyjątki, ustępowały przed rosnącym informacyjnym głodem rządów i rynków. Z biegiem czasu zbanalizowaniu uległy odstępstwa od kardynalnej reguły zbierania i dalszego przetwarzania danych osobowych „w konkretnych, wyraźnych i prawnie uzasadnionych celach”, włącznie z dewaluacją wzmacniającego zastrzeżenia, jakoby nie mogły być dalej przetwarzane „w sposób niezgodny z tymi celami”[2].

W odniesieniu do celów archiwizacji i pozostałych wraz z nimi wyróżnionych wyjątek skonstruowany został na innej zasadzie niż w przypadku innych ograniczeń ochrony danych, uregulowanych w rozporządzeniu. Europejscy prawodawcy przesądzili, że „dalsze przetwarzanie do celów archiwalnych w interesie publicznym, do celów badań naukowych lub historycznych lub do celów statystycznych nie jest uznawane (…) za niezgodne z pierwotnymi celami”[3]. Nie stanowi to przecież orzeczenia zgodności. To formuła, która początkuje nowe życie danych, nadal niepozbawione gwarancji na rzecz praw i  wolności osób, których te dane dotyczą, ale toczące się według zmienionych reguł.

Waga takiego przyzwolenia jest nieprzeceniona. Brakowało go w wielu systemach prawnych, włącznie z polskim. Niepokojąca władza archiwistów nad czasem i celami przetwarzania wiadomości o ludziach zyskała formalne oparcie, a wraz z nim – paradoksalnie – dano jej granice. Dopóki bowiem brała się tylko z powszechnie uznawanego zwyczaju, wymykała się kontroli.

Wymaga ponadto rozważenia, czy tak sformułowane wykluczenie niezgodności samoistnie przesądza, że przetwarzanie danych do celów archiwizacji w interesie publicznym jest legalne. Wydaje się to prawdopodobną hipotezą. W przeciwnym razie takie przetwarzanie musiałoby bezpośrednio spełniać co najmniej jeden ze wskazanych w rozporządzeniu warunków zgodności z prawem[4]. Pozostawałoby w rezultacie przymierzać realizowanie celów archiwizacji do przesłanki obowiązku prawnego ciążącego na administratorze danych albo wykonywania przezeń zadania w interesie publicznym[5]. Zadanie to wymienione zostało wraz ze sprawowaniem władzy publicznej, a więc raczej w kontekście wykonywania imperium państwa niż działalności informacyjnej. Poza tym, takie ujęcie celów archiwizacji – z uwzględnieniem obu przesłanek – mogłoby sprowadzić ich wypełnianie do misji formalnie zdeterminowanej przez władzę publiczną. Interpretacja nadzwyczaj zubażająca, czyniąca rządzących wyłącznymi gestorami celów archiwizacji oraz interesu publicznego, przynajmniej w omawianym zakresie. Choć bardzo wielu administratorów danych, którzy do takich celów dążą,  istotnie wypełnia sformalizowane obowiązki, a rozporządzenie uwydatnia aspekt działań dla publicznego dobra, to wątpliwości budziłoby zamknięcie zagadnienia w formalnoprawnych i etatystycznych ramach. Realizowanie celów archiwizacji w granicach tego, co dozwolone, nie jest tym samym, co działanie na mocy zezwolenia albo nakazu władzy. Rozporządzenie pozwala uważać owe cele za autonomiczne, a ich urzeczywistnianie za korzystające z wcześniejszych przesłanek zgodności przetwarzania z prawem. Konsekwencją byłby niebłahy wniosek, że całkiem liczne archiwa mogą nie przyrównywać się – mimo literalnego brzmienia przepisu – do warunków zgodności przetwarzania z prawem, określonych w art. 6 ust. 1 rozporządzenia. Ich działalność jest legitymizowana ze względu na cele archiwizacji.


[1] Tamże, art. 6 ust. 3 w zw. z ust. 1 lit. e, ust. 4, art. 23 ust. 1; mot. 45, 50.
[2] Tamże, art. 5 ust. 1 lit. b. Piotr Drobek uważa, że cecha konkretności nie ma oparcia w innych wersjach językowych – komentarz do art. 5 [9] (w:) Bielak-Jomaa, Lubasz (red.), RODO. Ogólne rozporządzenie.Wydaje się jednak, że nie zachodzi sprzeczność w wersją angielską („specified, explicit and legitimate”).
[3] Art. 5 ust. 1 lit. b; mot. 50 i 65 R.2016/679. Symptomatyczna jest odmienność sformułowania zasady w przepisie i w motywie (brak niezgodności / zgodność).
[4] Tamże, art. 6 ust. 1. O legalizacji przetwarzania danych ze względu na cele archiwalne – Sakowska-Baryła, Ogólne rozporządzenie – komentarz do art. 89 [4, 5] R.2016/679, s. 625-627.
[5] Art. 6 ust. 1 lit. c, e, R.2016/679.



4.1. Aspekt archiwizacyjny

Cele archiwalne w interesie publicznym w rozporządzeniu ogólnym o ochronie danych

O przetwarzaniu danych do celów archiwizacyjnych mówi się w rozporządzeniu m.in., że jest dokonywane „z myślą o dostarczeniu” informacji[1]. Istota tych celów polega więc na gromadzeniu i przechowywaniu danych, aby były dostępne do skonkretyzowanego wykorzystania. W motywach rozporządzenia wyliczone są działania składowe: nabywanie, ochrona, wartościowanie, systematyzacja, opis, przekazywanie, promocja, rozpowszechnianie i udostępnianie. Niektóre z nich dotykają już sfery użytku, lecz wszystkie pozostają jeszcze po stronie administratora danych,  zamykają się w fazie informacyjnej gotowości. Dalszy ciąg, który „otworzyć” może dopiero zainteresowany użytkownik, często się nie zdarza. Część zgromadzonej wiedzy nie znajdzie odbiorców, lecz taki brak nie dyskwalifikuje dotychczasowego przetwarzania jako prowadzonego do celów archiwizacji. Należy do nich ściśle zapewnienie i podtrzymywanie dyspozycyjności danych osobowych wśród innych informacji. Eksploracja owych zasobów to inny etap i odrębne zagadnienie[2].

Ponadto, w kilku miejscach cele archiwizacji kojarzone są z przetwarzaniem określanym jako dalsze[3]. Dane w postaci identyfikującej ludzi wyjątkowo wolno przechowywać dłużej niż to było niezbędne do celów ich przetwarzania, o ile miałyby później być przetwarzane wyłącznie do celów archiwizacji oraz kilku podobnie uprzywilejowanych[4]. Występujące w rozporządzeniu, a przytoczone tu zwroty wskazują, że mówi ono nie o jakiejkolwiek archiwizacji, ale o tej, która zamyka cykl życia dokumentów. Także przytoczona zasada wyłączności podlega ukrytej konwencji: oddziela cele archiwizacji od przeszłości, lecz  żadnym razie nie neguje przyszłego użytku z danych. Są to kluczowe tropy do uchwycenia specyfiki tych celów.

Rozporządzenie zakłada, że cele archiwizacji będą realizowane po wygaśnięciu pierwotnej użyteczności przetwarzanej informacji, po upływie czasu, w którym dane wykorzystane zostały zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, do celów, dla których kiedyś były zebrane, z ewentualnością ich dozwolonej modyfikacji. Zasadnicze znaczenie ma pod tym względem zastrzeżenie wyłączności następnych, uprzywilejowanych celów, w tym archiwizacyjnych. Rozporządzenie opiera się na założeniu, że do archiwów, a za ich pośrednictwem do badaczy trafiają dane „używane” i nieprzydatne już do początkowych zastosowań. W praktyce nieuniknione są zapewne wcześniejsze epizody np. badawczego zastosowania danych, które znajdują się jeszcze w pierwotnym użytku, chociaż prowokowałyby one dylematy związane z niespecyficznym dla badań poziomem ochrony informacji. Samo tolerowanie takich zdarzeń to ryzykowne ustępstwo.

Zupełnie nie do pomyślenia, nawet w sensie tylko pojęciowym, byłaby  natomiast archiwizacja nieprzerywająca biegu dotychczasowego użytku. Dopóki nie dojdzie do zamknięcia eksploatacji danych w ramach działalności, do której zostały zebrane, nie sposób mówić o archiwizacyjnych celach. W toku nadal pozostawałyby te poprzednie. Z danymi, które są wykorzystywane do celów pierwotnie wyznaczonych, a choćby i zmodyfikowanych, postępuje się z gruntu inaczej niż z tymi samymi danymi, gdy uległy zarchiwizowaniu – niekoniecznie przecież tożsamemu z fizycznym złożeniem dokumentów w archiwum, bo obejmującemu zmianę ich przeznaczenia. Przeciwne temu rozumowanie podważyłoby model przywilejów, jakimi w rozporządzeniu obdarowane zostały wybrane cele – i tylko one[5].

Problematyczne niemniej pozostaje, na ile wolno antycypować przyszłe cele archiwizacji, zwłaszcza w konfrontacji z prawem do ochrony danych. Byłoby to widoczne w razie odpierania żądania usunięcia danych ze względów, które mają zastosowanie do przedarchiwalnego z nich użytku – ale nie miałyby go do tego dalszego, korzystającego ze szczególnych wyjątków, albo nie byłyby wobec niego nadrzędne. Archiwalnej perspektywy nie sposób ignorować, zwłaszcza w razie istnienia odpowiedniej formalnej kwalifikacji, ale nieuniknione byłoby w takim razie zaprzestanie bieżącego przetwarzania danych osobowych i niezwłoczne przejście do archiwalnego etapu ich bytowania. Za niedopuszczalne uważać bowiem trzeba „pożyczanie” informacyjnych przywilejów od celów jeszcze nierealizowanych, mających zaktualizować się dopiero w przyszłości.

Gdyby zakwestionowane dane osobowe nie mogły znaleźć schronienia w definitywnej archiwizacji, niewykluczone, że prawo do bycia zapomnianym, a nawet tylko postulat minimalizacji danych wywołałyby burzycielskie skutki dla bliskiego archiwistom konceptu dokumentu statycznego, który w pewnym momencie swego życia osiąga definitywną postać, zyskując walor autentyczności – i z tego względu podlegać miałby ochronie przed zmianami. W zaistniałym stanie prawnym bieg historii dokumentu nie musi ulec wstrzymaniu, a niewykluczone zatarcie – jeszcze przed progiem archiwum – niektórych spersonalizowanych treści nie niweczyłoby jego autentyczności. W obrębie przyjętego modelu ochrony danych osobowych dokument degresywny stać się może nową rzeczywistością zarządzania dokumentacją oraz archiwistyki.

Na marginesie powyższego, zastanowienia wymaga, czy dozwolone byłoby uznanie skuteczności archiwizacji faktycznej, która poprzestałaby na zakończeniu pierwotnego (włącznie z dozwolonymi modyfikacjami) użytku z dokumentów i zawartych w nich danych osobowych, bez dopełnienia formalnych procedur. W praktyce zarządzania informacją i dokumentacją są to sytuacje nieodosobnione. Problem ten trudno by rozstrzygać w oderwaniu od konkretnych okoliczności, nie sposób niemniej wykluczyć pozytywnej odpowiedzi. Niezbędne – a zarazem nieoczywiste – byłoby przy tym uwiarygodnienie, że stan faktyczny funkcjonalnie odpowiada realizowaniu celów archiwizacji. Nie ulega przy tym wątpliwości wyjątkowość tego rodzaju precedensów, domagających się w perspektywie dostosowania w zgodzie z przyjętymi standardami.

Rozporządzenie wprost stwierdza, że dozwolone wyjątki mają zastosowanie ściśle do wyróżnionych w nim celów[6]. Czyni to jednak w sposób kontrowersyjny – być może zderzając ze sobą alternatywne ujęcia normy – bo dopuszcza, że równocześnie z tymi celami mogą być realizowane jeszcze inne, którym w takim razie z uprzywilejowania nie wolno korzystać[7]. Wydaje się to niespójne z wcześniej zastrzeżoną wyłącznością celów archiwizacji, badań naukowych lub historycznych albo celów statystycznych.

Negacji uprzywilejowania owych innych, równoczesnych celów nie sposób wprost odnieść do wątku archiwizacyjnego – pod groźbą sprowokowania nierozwiązalnego paradoksu. Dopełnieniem informacyjnej gotowości, stanowiącej istotę archiwizacji, są bowiem szczegółowe motywacje, wnoszone do archiwów przez użytkowników informacyjnych zasobów[8]. Cele użytkowników nie są celami archiwizacji, niezależnie od oceny, że nie kolidują z zasadą wyłączności tych drugich. Użytkownicy, „późni zainteresowani” nie mogliby – choćby chcieli – nie korzystać z tych wyjątków, które polegają na przetwarzaniu danych poza pierwotnie wyznaczonym limitem czasu oraz pierwotnymi celami przetwarzania.

Pojawienie się użytkowników zasobu archiwalnego, gdyby stali się odbiorcami danych osobowych zawartych w dokumentach, niewiele zmienia też po stronie administratorów. Chodzi wprawdzie o krytycznie ważne zdarzenia, ale jeśli zachodziły  wcześniej przesłanki odstąpienia – w całości albo w części – od wypełniania obowiązków informacyjnych wobec osób, których te dane dotyczą, nic nowego pod tym względem by się nie stało. „Udostępnianie” danych – jako działanie administratora – zaliczone zostało do zakresu celów korzystających z wyjątków od standardowych powinności. Rozporządzenie przewidziało wtórne użytkowanie danych w następstwie ich archiwizacji, ograniczając obowiązek powiadamiania o ich odbiorcach – w przypadku danych zbieranych nie od osób, których dotyczą – klauzulami ewentualnej „niemożności” lub „niewspółmiernego wysiłku”[9]. Nie jest więc nawet potrzebne precyzowanie znaczeń, w jakich rozporządzenie posługuje się pojęciem „udostępniania”.

W przeciwnym razie realizowanie celów archiwizacji musiałoby obejmować etap oczekiwania na naturalne wygaśnięcie zdolności prawnej osób, których dane dotyczą, a więc przejściowe samoograniczenie przetwarzania, zredukowanie go do przechowywania danych, niekiedy przez kilkadziesiąt lat. Tak kategoryczna reguła nie mogłaby jednak być domyślna – a w żaden bezpośredni sposób nie została wyrażona.

Przywołana klauzula „innych celów”, równoczesnych z wypełnianiem celów archiwizacji a niedzielących z nimi przywilejów, może – w obrębie udostępniania danych – odzywać się co najwyżej odległym echem. W świetle upowszechnionej i utrwalonej legislacyjnej tradycji, zakres dostępu jest z zasady węższy niż zakres archiwizacji. Nie wszystkie wiadomości zgromadzone w archiwach dopuszczane są do komunikowania wszelkim zainteresowanym. Użytkownicy informacyjnych zasobów natykają się więc na kolejny stopień minimalizacji danych. Z archiwizacyjnych przywilejów rozporządzenia korzystają, ale z dalszymi ograniczeniami. Rygory takie, z niewieloma wyjątkami, topnieją z biegiem czasu. Często przyjmuje się przy tym kryterium właściwe dla ochrony danych osobowych: sekrety ludzi strzeżone są przed postronnymi, dopóki ludzie ci żyją, a przynajmniej żyć przypuszczalnie mogą.

Wypada brać pod uwagę archiwalne funkcjonowanie informacji w różnych perspektywach czasowych, także jego powszednie i doraźne formy. Dyskusyjne jest, czy rozporządzenie koncentruje się na archiwizacji kulturotwórczej, obejmującej źródła o trwałej wartości poznawczej, nośniki historycznej wiedzy. Doniosłość może też zyskać pod tym względem aspekt lingwistyczny, znaczeniowe niuanse językowych wersji [10]. Przewodnim kanonem rozporządzenia jest w każdym razie czasowość przetwarzania danych osobowych. Nie zajmuje się ono wiecznością. Jego horyzont został też zakreślony poprzez odniesienie do osób żyjących. Przyzwala więc, by dane były przetwarzane dłużej niż to wynika z ich pierwotnego przeznaczenia, lecz nigdy nie przesądza, że bez końca. „Wie” wprawdzie o bezterminowym przechowywaniu dokumentów, jak świadczy wzmianka na temat „wpisów o trwałej wartości dla ogólnego interesu publicznego[11]. Co stanie się jednak z danymi w razie naturalnego wygaśnięcia ich ochrony – tzn. po śmierci ludzi, których dotyczą – jest dla niego obojętne.

Uprzywilejowanie celów archiwizacji ogranicza się do postępowania z wiadomościami o ludziach zawartymi w informacyjnych zasobach. Nie rozciąga się na dane osób, z którymi archiwa (albo inni zarządcy zarchiwizowanej dokumentacji) komunikują się w swej bieżącej działalności, w związku z realizacją wyróżnionych celów. Tak więc np. dane użytkowników tych zasobów podlegają przetwarzaniu na ogólnych zasadach rozporządzenia, z dodatkowym uwzględnieniem regulacji krajowych.


[1] Mot. 158 R.2016/679.
[2] Marie-Anne Chabin streściła ten fenomen w postaci maksymy: „Przeznaczeniem archiwistyki jest organizowanie archiwów, a nie korzystanie z nich” – RGPD. Traitement à des fins archivistiques dans l’intérêt public, http://www.arcateg.fr/2018/11/13/rgpd-traitement-a-des-fins-archivistiques-dans-linteret-public/  [odczyt 2019 04 18].
[3] Art. 5 ust. 1 lit. b; mot. 50, 65, 73, 156, 158 R.2016/679.
[4] Tamże, art. 5 ust. 1 lit. e.
[5] European Archives Group. Guidance on data protection for archive services. EAG guidelines on the implementation of the General Data Protection Regulation in the archive sector (2018), https://ec.europa.eu/info/sites/info/files/eag_draft_guidelines_1_11_0.pdf; dalej jako “EAG. Guidance” [odczyt: 2019 04 21], s. 23, pkt 58.
[6] Art. 89 ust. 4 R.2016/679. Por. Magdalena Kuba, komentarz do art. 89 [5] (w:) RODO. Ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych. Komentarz, red. nauk. Edyta Bielak-Jomaa, Dominik Lubasz, Warszawa 2018.
[7] Pogląd, że R.2016/679 jest aktem otwartym na kształtujące się dopiero sposoby jego wdrażania, wygłosił Maciej Gawroński w toku debaty „RODO w pierwszych miesiącach – fakty, mity absurdy”, zorganizowanej 23 października 2018 r. przez wydawnictwo Wolters Kluwer Polska, https://www.prawo.pl/biznes/absurdy-w-rodo-prawopl,319431.html [odczyt: 2018 10 30].
[8] Wykluczyć nie można nawet zastosowania danych typowego dla etapu przedarchiwalnego, np. z tytułu dochodzenia uprawnień, które nie zostały zrealizowane w zwykłym dla nich czasie. Nie zachodziłaby jednak realizacja pierwotnych celów, bo „archiwalny” administrator danych nie rozstrzyga takich spraw merytorycznie, a jedynie może dostarczyć dokumentacyjnych dowodów.
[9] Art. 14 ust 1 lit. e w zw. z ust. 5 lit. b R.2016/679.
[10] Inne rozumienie, wiążące cele archiwizacji w interesie publicznym z trwałym przechowywaniem danych, w: Guide to archivingpersonal data, https://webarchive.nationalarchives.gov.uk/+/http://www.nationalarchives.gov.uk/documents/information-management/guide-for-public-comment.pdf, s.19, 39-40 [odczyt 2019 04 20]. Por. komentarz na temat specyfiki anglosaskiego terminu „archives”, znaczeniowo różnego od „records”: M-A. Chabin, RGPD. Traitement.
[11] Mot. 158 R.2016/679.

7 Bibliografia

Cele archiwalne w interesie publicznym w rozporządzeniu ogólnym o ochronie danych

1. Archives: Public Interest: Written question – 111381, https://www.parliament.uk/business/publications/written-questions-answers-statements/written-question/Commons/2017-11-03/111381/
2. Edyta Bielak-Jomaa, Dominik Lubasz (red. nauk.), RODO. Ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych. Komentarz, Warszawa 2018
3. Joseph W. Bishop Jr., Book Review: The Naked Society (1964),Faculty Scholarship Series (http://digitalcommons.law.yale.edu/fss_papers/2844 s. 193-199
4. Robert E. Burns, Packard: The Naked Society, DePaul Law Review, vol. 14/1964 (https://via.library.depaul.edu/cgi/viewcontent.cgi?referer=https://www.google.com/&httpsredir=1&article=3311&context=law-review, s. 225-227 [odczyt 2018 09 21]
5. Marie-Anne Chabin, RGPD. Traitement à des fins archivistiques dans l’intérêt public, http://www.arcateg.fr/2018/11/13/rgpd-traitement-a-des-fins-archivistiques-dans-linteret-public/
6. Thomas M. Cooley, A Treatise on the Law of Torts or the Wrongs Which Arise Independent of Contract, Chicago 1879
7. Anna Dmochowska, Marcin Zadrożny, Unijna reforma ochrony danych osobowych. Analiza zmian, Warszawa 2016
8. European Archives Group. Guidance on data protection for archive services. EAG guidelines on the implementation of the General Data Protection Regulation in the archive sector (2018), https://ec.europa.eu/info/sites/info/files/eag_draft_guidelines_1_11_0.pdf [odczyt: 2019 04 21]
9. Paweł Fajgielski, Ogólne rozporządzenie o ochronie danych. Ustawa o ochronie danych osobowych. Komentarz, Warszawa 2018
10. Maciej Gawroński (red.), Ochrona danych osobowych. Przewodnik po ustawie i RODO z wzorami, Warszawa 2018
11. Dorothy J. Glancy, The Invention of the Right to Privacy (w:)  Arizona Law Review, 1 (21)/ 1979, s. 1-39, https://digitalcommons.law.scu.edu/cgi/viewcontent.cgi?referer=https://www.google.com/&httpsredir=1&article=1318&context=facpubs [odczyt: 2018 10 24]
12. Guide to archiving personal data, https://webarchive.nationalarchives.gov.uk/+/http://www.nationalarchives.gov.uk/documents/information-management/guide-for-public-comment.pdf, s.19, 39-40 [odczyt 2019 04 20]
13. Mariusz Jagielski, Prawo do ochrony danych osobowych. Standardy europejskie, Warszawa 2010
14. Maciej Kawecki, Tomasz Osiej (red.), Ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych. Wybrane zagadnienia, Warszawa 2017
15. Eliza Komierzyńska, Marian Zdyb, Klauzula interesu publicznego w działaniach administracji publicznej (w:) Annales Universitatis Mariae Curie-Skłodowska Lublin – Polonia Vol. LXIII, 2 – 2016, s. 161-166
16. Andrzej Krasuski, Ochrona danych osobowych na podstawie RODO, Warszawa 2018.
17. Mariusz Krzysztofek, Ochrona danych osobowych w Unii Europejskiej po reformie. Komentarz do rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679, Warszawa 2016
18. Ewa Kulesza, Ochrona danych osobowych klientów jako element działania etycznego przedsiębiorcy (w:) „Annales. Etyka w życiu gospodarczym” 2010, vol. 13, nr 1, s. 97-98 (http://www.annalesonline.uni.lodz.pl/archiwum/2010/2010_01_kulesza_97_105.pdf; [odczyt 2018 09 18])
19. Paweł Litwiński (red.), Paweł Barta, Maciej Kawecki, Rozporządzenie UE w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i swobodnym przepływem takich danych. Komentarz, Warszawa 2018
20. Overview of the General Data Protection Regulation (GDPR). ICO – Information Commissioners Office (2017) – https://ico.org.uk/media/for-organisations/data-protection-reform/overview-of-the-gdpr-1-13.pdf [odczyt: 2019 05 01]
21. Vance Packard, The Naked Society, New York 1964
22. Marek Safjan, Krzysztof Bosek, Konstytucja RP. Tom I. Komentarz do art. 1-86, Warszawa 2016
23. Marlena Sakowska-Baryła (red.), Bogdan Fischer, Marcin Górski, Arleta Nerka, Krzysztof Wygoda, Marta de Bazelaire de Ruppierre, Ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych. Komentarz, Warszawa 2018
24. Samuel Warren, Louis Brandeis, The Right to Privacy, Harvard Law Review Vol. IV No 5 (1890) (http://links.jstor.org/sici?sici=0017-811X%2818901215%294%3A5%3C193%3ATRTP%3E2.0.CO%3B2-C [odczyt 2018 09 26]
25. Andrzej Zwara, Arwid Mednis i Maciej Pisz (red.), RODO. Przewodnik dla adwokatów i aplikantów adwokackich, Warszawa 2018



5.5 Treść zgłoszenia użytkownika

Cele archiwalne w interesie publicznym w rozporządzeniu ogólnym o ochronie danych

W obowiązującym dotychczas brzmieniu ustawa stanowiła, że udostępnianie materiałów archiwalnych w czytelniach i pracowniach archiwów następuje „po pisemnym zgłoszeniu”[1]. Nie określała natomiast informacyjnej zawartości zgłoszenia. Kontekst przepisu wskazuje, że czynność ta jest spersonalizowana i służy identyfikacji użytkowników zasobu archiwalnego, którzy osobiście pojawiają się w archiwach. Wobec tego, zachodziła potrzeba sprecyzowania w ustawie zakresu danych przetwarzanych w zgłoszeniu, odpowiednio do jego funkcji w procesie udostępniania materiałów archiwalnych. Brak pod tym względem bliższych wskazówek, lecz nałożenie specyficznego obowiązku informacyjnego na osoby fizycznie obecne w archiwach, z pominięciem innych użytkowników (szczególnie tych wglądających w treść dokumentów poprzez system teleinformatyczny) każe domyślać się motywacji z zakresu bezpieczeństwa zasobu archiwalnego. Wyróżnieni zostali bowiem ci użytkownicy, którzy mają bezpośredni kontakt z chronioną dokumentacją, nie tylko zresztą tą, którą im osobiście udostępniono. Sformułowany katalog obejmuje określenie tożsamości, dane adresowe, a fakultatywnie – także dalsze dane kontaktowe[2].

Ustalenie informacyjnej zawartości zgłoszenia miało też na celu zapobieżenie praktyce nakłaniania użytkowników do zamieszczania w nim dodatkowych informacji, zbytecznych do celów przetwarzania albo przynajmniej wykraczających poza zakres czynności zgłoszenia.

Poprzestanie na unormowaniu w ustawie przetwarzania danych osobowych tylko w zakresie zgłoszenia jest konsekwencją zasady, że korzystanie z archiwalnych zasobów przysługuje każdemu. Nie mają wobec tego znaczenia inne cechy osoby sięgającej po informację. Ustawowy wyjątek od powyższego – w postaci obowiązku „przedstawienia się” i zlokalizowania – podyktowany został względami ochrony informacyjnych dóbr. Najbardziej elementarna forma korzystania z archiwów, poprzez osobisty wgląd w oryginalne dokumenty, okazała się też bowiem najbardziej ryzykowną.

Nie ulega poza tym wątpliwości, że użytkownicy wchodzą w inne jeszcze interakcje z archiwami, w których ich dane osobowe podlegają przetwarzaniu. Te incydenty spełniać powinny ogólne przesłanki zgodności przetwarzania z prawem – jak w przypadku postępowania administracyjnego, które nie mogłoby obyć się bez identyfikacji jego stron. Podobnie, prawnie uzasadnione interesy administratora systemów teleinformatycznych, wspierających cele archiwizacji, usprawiedliwiają przetwarzanie identyfikatorów korzystających z nich osób oraz ich urządzeń. Przyjąć bowiem trzeba, że nawet, gdy administrator danych osobowych jest organem publicznym, to nie w tym charakterze administruje jednocześnie systemami. W tym drugim zakresie – chociaż nie w pierwszym – wolno mu więc powoływać się na własne interesy.

Przesłanka identyfikacji użytkownika pojawia się ponadto w razie zamówienia w archiwum odpłatnej usługi, wskutek czego zawarta zostaje umowa. Nie są to zarazem sytuacje całkiem jednoznaczne, bo nie wszystkie systemy teleinformatyczne muszą być chronione loginami, hasłami ani indywidualnymi kodami, natomiast konsumenci, poruszający się na rynku, mogą też nabywać liczne towary i usługi nie odkrywając swojej tożsamości. W każdym razie, zgłoszenie użytkownika nie wyznacza granic przetwarzania danych osobowych w związku z udostępnianiem materiałów archiwalnych.


[1] Art. 16d ust. 2 unza.
[2] Art. 16d ust. 2a unza dodany przez art. 12 pkt 1 ustawy sektorowej.



6 Konkluzje

Cele archiwalne w interesie publicznym w rozporządzeniu ogólnym o ochronie danych

Uprzywilejowany status celów archiwizacji skutkuje swoistym stosowaniem zasad przetwarzania danych osobowych. Są to dane, które mogły być pierwotnie zebrane w sposób bezprawny, nie wymaga się od nich prawidłowości ani nawet prawdziwości, są przechowywane dłużej niż mogły spodziewać się osoby, o których one informują. „Archiwistyczna celowość”, jeśli nie zostałaby skutecznie podważona, ma też z mocy przepisów pierwszeństwo przed prawami i wolnościami tych osób. Co więcej, arbitrami w sporach rozporządzenie w praktyce uczyniło administratorów danych, a ich rozstrzygnięcia niełatwo obalić.

Jednakże takie przywileje podlegają warunkom. Ci, który decydują o przetwarzaniu, obowiązani są wykazywać niezbędność konkretnych (a sytuacjach spornych – wręcz poszczególnych) zgromadzonych danych do celów archiwizacji w interesie publicznym. Gdyby ich zadania polegały na zbieraniu źródeł informacji o trwałej wartości poznawczej, powinni móc dowieść, że wśród nich nie są zamieszane dane, które takiej wartości nie mają, a identyfikują ludzi żyjących albo mogących, według rozsądnych kryteriów, nadal żyć – i zarazem spełniają krytyczne kryteria wyszukiwalności.

Rozporządzenie każe też równoważyć wyjątkowe traktowanie wybranych celów przetwarzania – w tym archiwizacyjnych – poprzez zabezpieczenia praw i wolności osób, których dotyczą poprawnie zgromadzone dane. Przywołuje zwłaszcza zasadę minimalizacji danych. Trudno by przyjąć, że w tym specyficznym kontekście powtarza po prostu wymóg, który obowiązuje w stosunku do wszelkich celów i wszelkich administratorów[1]. Etykieta informacyjnej niezbędności do osiągania celów archiwizacji, choćby i rzetelnie zamieszczana, nie zwalniałaby od starań na rzecz osób, których dotyczą przetwarzane dane. W takim zaś razie rozporządzenie prowadzi do przewartościowania standardu, w którego świetle w archiwach, zwłaszcza tzw. archiwach historycznych, informacja ma pozostać taką, jaką była „za życia”, ulec zamrożeniu. Nie tylko więc do archiwów docierać mogą dokumenty pomniejszone, ale i na etapie definitywnej archiwizacji niewykluczona byłaby dalsza redukcja informacyjnej zawartości.

Archiwiści nie czują się jednak stawiani przed wyborem między podtrzymywaniem cennej wiedzy, a wartościami tej wiedzy przeciwstawianymi przez ludzi, którzy obawiają się o swą informacyjną autonomię. Nie myślą o modyfikowaniu informacji zagrażającej innym chronionym dobrom, bo w imię oryginalności źródła nie są skłonni usuwać nawet informacyjnie obojętnych domieszek. Argument, że archiwalne zasoby i każdy z ich składników gromadzi się w interesie publicznym, utrafia w upowszechnione stereotypy, obywając się bez dowodów.

Archiwistyka ma problem z zaakceptowaniem fundamentalnej zasady rozporządzenia, a zarazem priorytetu odniesionego do osiągania celów archiwizacji – że dane należy przetwarzać w formie niepozwalającej na identyfikację osób, o ile byłoby mimo to możliwe osiągnięcie celów przetwarzania. Zacieranie danych osobowych, nawet gdy są nieistotnym składnikiem historycznych źródeł, sztafażem dziejów, stanowiłoby, w świetle kryteriów tej dyscypliny, niedopuszczalny występek przeciw autentyczności oraz integralności zapisów. Archiwistyczna doktryna kategorycznej ochronie poddaje treść i postać dokumentacyjnych reliktów; formułuje aksjomat nienaruszalności zgromadzonych przekazów wiedzy. Wiele doświadczeń i racji przemawia za takim podejściem, lecz z tej przyczyny archiwistyka pozostaje zamknięta na pryncypia europejskiej regulacji.

Skłonna jest  redukować swą uwagę do sprawności postępowania z dokumentacją oraz dostępności informacji do wykorzystania, a wobec tego nie zadaje pytań o wolności i prawa, które konkurują z gromadzeniem i eksploracją spersonalizowanej wiedzy. Nie wypracowała własnych mechanizmów diagnozowania informacyjnego ryzyka, a tym bardziej – reagowania na nie. Archiwistyczna ewaluacja pozostaje na to ryzyko obojętna. Jest zwykle uogólniona i opiera się na praktycznej albo poznawczej użyteczności dokumentów. Nie pozostawia miejsca na refleksję nad przesłankami rezygnacji z danych.

Z tych przyczyn archiwiści nie są gotowi m.in. do anonimizacji dokumentacyjnych źródeł. Dopuszczają ją, niegorliwie, w zakresie udostępniania informacji. Może być to w praktyce akceptowane, lecz nie jest wierne rozporządzeniu ani nie gwarantuje bezpieczeństwa danych osobowych. Skoro tak, nie ma miejsca myślenie, jak tej czynności dokonywać, by uniknąć niezamierzonych informacyjnych strat. Racjonalne rozwiązanie leży, być może, w połowie drogi między niszczeniem danych w dokumentach, a ich kodowaniem – lecz żadne rozwiązania nie były rozważane[2].

Powikłany tok uzgodnień projektu tzw. ustawy sektorowej został w pewnym momencie przerwany dramatycznym wystąpieniem wiceprezesa Rządowego Centrum Legislacji[3]. Tylko raz wymienił on wprost ustawę o narodowym zasobie archiwalnym, ale uczynił to w elektryzującym kontekście. Przywołał bowiem wyrok Trybunału Konstytucyjnego, w którego uzasadnieniu znalazł się passus, iż „w demokratycznym państwie prawnym nie jest konieczne przechowywanie informacji na temat obywateli (…) ze względu na potencjalną przydatność tych informacji”[4]. W procesie legislacyjnym to przypomnienie osiągnęło swój cel i dalej nie było podnoszone, lecz samo w sobie stało się zarazem precedensem w debacie o realizowaniu celów archiwizacji.

Wymogi rozporządzenia należy niemniej nałożyć – ze świadomością toczonego w tym przedmiocie sporu – na zakres jego stosowania, w szczególności ze względu na jego ograniczenie do danych przetwarzanych automatycznie albo ujętych w zbiory o wskazanej w rozporządzeniu przeszukiwalności[5]. Uwzględnienia wymaga także kryterium „rozsądnie prawdopodobnego sposobu” identyfikacji.

Z uwagi na rozdźwięk w doktrynie może wprawdzie okazać się sporne przetwarzanie także rozproszonych i trudno wyszukiwalnych danych. Maksymalizująca wykładnia rozporządzenia, która zakłada objęcie ochroną wszelkich danych osobowych (z wyjątkami wyraźnie w tym akcie sformułowanymi), miałaby następstwa graniczące wręcz z kryminalizacją archiwistyki. To ostatnie nie zdaje się wprawdzie realnym ryzykiem, a ukazuje paradoksy regulacji. Realizowanie archiwizacyjnych celów nie tylko podlega przepisom prawa, ale jest też zjawiskiem kulturowym i z tych drugich kontekstów czerpie najważniejsze dla siebie uzasadnienia.

Rozporządzenie ogólne o ochronie danych jest aktem prawnym i społecznym zjawiskiem. W tej pierwszej funkcji odznacza się złożonością, która prowokuje czasem obawy o jego spójność. Choć nie jest wolne od niedoskonałości i zagmatwań, to przede wszystkim jednak stanowi dynamiczną konstrukcję normatywną, z założenia niedomkniętą, niedokończoną i nieunikającą wewnętrznych kolizji. Jest takie, jak społeczna rzeczywistość, do której kształtowania aspiruje.

Poza tym, w odróżnieniu od wielu innych, nie mniej nawet ważnych unormowań, budzi emocje. Nie sprawiły tego wyłącznie jego represyjne wątki, bo sama materia regulacji porusza publiczną opinię. Czyniła to również poprzedzająca je dyrektywa z 1995 r. i wydawane w związku z nią ustawy krajowe, mimo że nie wyróżniały się przepisami karnymi. Już wtedy ukształtowała się czarna legenda informacyjnych zakazów, przyjmowanych z dezaprobatą. Do potocznego języka wszedł obiegowy zwrot „absurdy RODO”, sporadycznie skądinąd używany w celu krytyki aktu, a opisujący raczej jego opaczne rozumienie i wykonywanie. Rozporządzenie wywołało też nadzwyczajną obfitość poradników i doradców, a także wykreowało tłumy nominalnych specjalistów. Nim jeszcze weszło do stosowania, stało się etykietą towarów i usług, promowanych językiem lęku przed ochronnymi unormowaniami. Realne i wymagające działania są niemniej powszechne zagrożenia informacyjnych wolności i praw – zarówno pospolite naruszenia prawa, jak i fenomeny władzy i panowania. Nieodparta jest też niezbędność masowego posługiwania się danymi osobowymi, a w takim razie – wytyczenia dla niego akceptowanych granic i gwarancji.


[1] P. Fajgielski uważa, że specyficzne przywołanie ogólnej zasady ma na celu wyeksponowanie jej znaczenia przy realizacji uprzywilejowanych celów przetwarzania danych. Zwraca przy tym uwagę na błędne pominięcie w polskiej wersji rozporządzenia, w kontekście zasady minimalizacji, zwrotu „w szczególności” – Ogólne rozporządzenie, komentarz do art. 89 [8].
[2] Do rozważenia byłoby natomiast prowadzenie anonimizacji obejmujące rejestrację wszystkich jej incydentów w odrębnym chronionym zbiorze, poddanym np. szyfrowaniu. Usuwanie danych opiera się bowiem na ocenie, że są one zbędne do celów archiwizacji, a z drugiej strony – masowość operacji wyklucza powierzenie tego zadania ekspertom. Rejestrowana anonimizacja – niewątpliwie trudniejsza od zwykłej – zapewniałaby pseudoodwracalność usunięcia danych.
[3] Pismo Tomasza Dobrowolskiego, wiceprezesa RCL, do Ministra Cyfryzacji z 16 października 2017 r. – znak RCL.DPPTK.550.8/2017 (https://legislacja.rcl.gov.pl/docs//2/12302951/12457700/12457703/dokument326259.pdf, [odczyt 2018 02 24]).
[4] Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z dnia 12 grudnia 2005 r. (sygn. akt K 32/04). Przedmiot sprawy nie dotyczył wprawdzie zagadnień archiwistyki, a dopiero w toku uzgodnień projektu ustawy sektorowej doszło do takiego odniesienia.
[5] Art. 2 ust. 1 R.2016/679.



5.4 Dostęp do danych

Cele archiwalne w interesie publicznym w rozporządzeniu ogólnym o ochronie danych

Ponadto, prawo dostępu do danych, przysługujące osobie, której one dotyczą, uległo ograniczeniu do zakresu, w jakim dane osobowe mogą być ustalone za pomocą istniejących środków ewidencyjnych[1].

W odniesieniu do ograniczenia prawa dostępu do danych, włącznie z dostarczaniem zainteresowanym ich kopii, istotne jest, że część archiwów zarządza nie danymi wytworzonymi przez ich jednostki macierzyste (o ile takie w ogóle istniały) ani tym bardziej przez siebie, lecz na ogół przejmuje je, wraz z zastanym aparatem wyszukiwawczym od ich pierwotnych wytwórców lub dysponentów. Z reguły nie dysponują środkami ewidencji ani instrumentami wyszukiwawczymi na poziomie danych jednostkowych, a także nie sporządzają ich rutynowo. Mają więc – co najmniej przejściowo – uogólnioną wiedzę o zawartości pozyskiwanych informacyjnych zasobów. Z tej przyczyny powstaje m.in. ryzyko niepełnej realizacji prawa dostępu przysługującego osobie, której dane dotyczą. Typowe, zgodne z upowszechnioną metodyką środki ewidencji zasobu archiwalnego zapewniają poprawną skuteczność wyszukiwania, ale nie dają całkowitej gwarancji kompletnego wyniku. Przeciwdziałanie temu, z założeniem niezawodnej wyszukiwalności danych – zwłaszcza w drodze lustracji oraz indeksowania danych osobowych – poważnie utrudniłoby wykonywanie innych zadań zaliczanych do działalności archiwalnej w rozumieniu ustawy. Z tej przyczyny przesłanka „proarchiwalnego” wyjątku powinna być uważana za spełnioną.


[1] Art. 15 ust. 1 i 3 R.2016/679; art. 12 pkt 4 ustawy sektorowej dodający w unza art. 22b ust. 3.



5.3 Zabezpieczenia praw i wolności

Cele archiwalne w interesie publicznym w rozporządzeniu ogólnym o ochronie danych

Ustawa o narodowym zasobie archiwalnym i archiwach przewidywała w swym dotychczasowym brzmieniu ograniczenia prawa do korzystania z informacyjnych zasobów, określane jako przesłanki odmowy dostępu do materiałów archiwalnych[1]. Szczególne miejsce zajmują wyspecjalizowane karencje dostępowe, odniesione do wybranych rodzajów dokumentacji, typowo zawierającej dane osobowe. W podobny sposób ustawa wyróżnia też ochronę danych osobowych i dóbr osobistych.

Ze względu na przepisy rozporządzenia niezbędne stały się dodatkowe zabezpieczenia praw i wolności osób, których dotyczą dane zawarte w materiałach archiwalnych, zwłaszcza w trakcie ich udostępniania – w postaci anonimizacji danych osobowych, a w systemach informatycznych i teleinformatycznych – ich pseudonimizacji[2].

Ustawa różni się w tym miejscu od europejskiej regulacji, a sprawił to brak przecinka po zwrocie „w trakcie ich udostępniania”. Anonimizacja i pseudonimizacja powiązane zostały z jedną tylko formą przetwarzania danych – udostępnianiem materiałów archiwalnych – podczas gdy w rozporządzeniu mowa jest o usunięciu (ewentualnie zakodowaniu danych) w źródłowych dokumentach. Nie skutkuje to, oczywiście, ograniczeniem obowiązywania przepisów rozporządzenia. Należy rozumieć natomiast, że ustawodawca krajowy odniósł się do szczególnej sytuacji, gdy zarchiwizowane dane są przechowywane w postaci umożliwiającej identyfikację osób, lecz ich udostępnianie podlega czasowym restrykcjom. Będzie mogło ulec rozszerzeniu, gdy w przyszłości wygaśnie ochrona danych.

Na wypadek kolizji pozytywnych i negatywnych uprawnień informacyjnych – w sytuacjach, gdy anonimizacja albo pseudonimizacja danych miałyby zniweczyć gwarancje korzystania z informacji lub gdyby ich dokonanie było nadmiernie uciążliwe – alternatywnie przewiduje się umowne zobowiązywanie użytkowników zasobu archiwalnego do nierozpowszechniania danych jednostkowych, z którymi zapoznali się w archiwum.

Jest to praktycznym zastosowaniem zastrzeżenia, zawartego w motywach rozporządzenia, że ochrona danych osobowych nie odznacza się bezwzględną nadrzędnością w stosunku do innych prawnie chronionych wartości, w tym m.in. wolności badań naukowych[3]. Z tego względu nie można nawet całkiem wykluczyć warunkowego udostępniania materiałów archiwalnych zawierających niezabezpieczone dane osobowe, jeśli jest to uzasadnione celami udostępnienia, a wynikowe opracowania byłyby zanonimizowane.

Umowa, która pozwala na wgląd w chronione dane określonej osobie, a zarazem wyklucza dalszy z nich użytek, ma zastosowanie, gdy tenże zainteresowany jest w stanie ochronie danych przeciwstawić nadrzędny w stosunku do niej, przysługujący mu informacyjny przywilej. Widoczny jest związek tego rozwiązania z negatywną przesłanką z art. 16b ust. 1 pkt 2 lit. b (ochroną danych osobowych) oraz z przesłankami wyjątku z art. 16b ust. 3 pkt 1 unza (posiadanie przez użytkownika szczególnych uprawnień lub realizowanie przezeń celów korzystających ze szczególnej ochrony prawnej). Przewaga przywileju nad względami ochrony danych usprawiedliwia ujawnienie danych konkretnemu odbiorcy, ale samej ochrony nie uchyla. Nie jest więc akceptowalne, by dane, w postaci umożliwiającej identyfikację osób, poznali następnie inni.

Granicę stanowi bowiem niedozwolone – na mocy rozporządzenia – naruszenie istoty prawa do ochrony danych osobowych. Choć literalnie zakaz dokonywania takiego naruszenia powiązany został ze szczególnymi kategoriami danych osobowych (tzw. danymi wrażliwymi), to bez wątpienia w ogóle nie wolno pozbawiać osób, których dane dotyczą, należnych im gwarancji informacyjnej autonomii, a przez to narażać je na negatywne następstwa, np. w postaci społecznej stygmatyzacji albo poddania wrogiemu wpływowi. Ochronne gwarancje mogłyby doznać nieodwracalnego uszczerbku z powodu samego upowszechnienia danych, które identyfikują osobę fizyczną.

Nie sposób jednak odrzucić ekstremalnej ewentualności, gdy uprzywilejowane cele użytkownika archiwalnego zasobu przemawiałyby za dalszym przetwarzaniem chronionych danych (w tym zwłaszcza ich upublicznieniem), a więc za odstąpieniem od ich ochrony w imię innych wartości. Zasada proporcjonalnego równoważenia wzajemnie kolizyjnych uprawnień uległaby zredukowaniu do wyboru jednego z nich, o czym w rozporządzeniu wprost nie ma mowy. Umowy wyłączające dalsze przetwarzanie danych osobowych miałyby w tej sytuacji co najwyżej marginalne, a zwykle żadne zastosowanie. Kluczem do tego kontrowersyjnego odstępstwa mógłby stać się interes publiczny, który wyróżnia cele archiwizacji, mający znaczenie dla praw podstawowych. Nie jakikolwiek, ale przeważający nad prawami podstawowymi osoby, której dotyczą dane.

Zastosowanie umów byłoby problematyczne w razie wystąpienia przesłanki z art. 16b ust. 3 pkt 2 (użytkownik jest uprawniony do dostępu do danych). Bycie uprawnionym ustawodawca odróżnił od posiadania szczególnych uprawnień albo realizacji uprzywilejowanych celów; ujął je jako względnie stałą cechę osobową użytkownika. Tak silna przesłanka oznacza na ogół, że wyróżnionej przez nią osobie wolno dysponować danymi – co nie podlegałoby umownemu ograniczeniu. Mogą wystąpić jednak wyjątki – ze względu potrzebę jednoczesnej ochrony danych innych osób.

Tego rodzaju umowy z przeciwnych przyczyn nie miałyby podstaw, gdyby o dostęp ubiegały się osoby, których informacyjne uprawnienia są na zwykłym poziomie, niewzmocnione specjalnymi przywilejami. Brak wówczas powodu, by na ich rzecz choćby częściowo uchylać ochronę danych, poprzez ujawnienie ich nawet jednemu użytkownikowi archiwalnego zasobu.

Stosowanie ustawowych zabezpieczeń nie jest jednak wymagane w razie przetwarzania danych, w tym ich udostępniania, na podstawie zgody osoby, której one dotyczą albo w razie dobrowolnego i świadomego upublicznienia danych przez taką osobę.

Administratorzy danych, realizujący cele archiwizacji, obowiązani są również wdrażać wewnętrzne procedury, które miałyby na celu uniemożliwienie wglądu w dane nieupoważnionym pracownikom. Stosowane w tym celu zabezpieczenia powinny polegać co najmniej na dopuszczeniu do przetwarzania chronionych danych osobowych jedynie pracowników posiadających pisemne upoważnienie wydane przez administratora, a także na pisemnym zobligowaniu tych pracowników do zachowania przetwarzanych danych w poufności.

Powyższe zabezpieczenia należało w ustawie rozszerzyć na dokumentację niestanowiącą materiałów archiwalnych, gdyż również ona podlega przechowywaniu – z zasady przejściowo – przez jednostki państwowej sieci archiwalnej[4]. Takie uzupełnienie było zgodne z literą i duchem rozporządzenia, które dotyczy postępowania z informacją niezależnie od trwania jej przydatności. W przypadku owych źródeł danych o czasowym tylko okresie przechowywania ochronę praw i wolności opatrzono jednak w unza symptomatycznym zastrzeżeniem – „o ile nie sprzeciwia się to celom postępowania z tą dokumentacją”. Niekiedy bywa ona bowiem uwikłana, mimo archiwizacji, w niewygasłe interesy, a wobec tego mogłoby nie być celowe ani dopuszczalne np. ograniczanie dalszego użytku z zawartych w niej danych, a tym bardziej ich anonimizacja. Wobec tego, zabezpieczenia, pojmowane w sensie informacyjnych restrykcji, należało przez ostrożność skorelować z pozytywnymi prawami do informacji.


[1] Art. 16b unza.
[2] Art. 12 pkt 4 ustawy sektorowej dodający w unza art. 22c ust. 1 i 2.
[3] Mot. 4 R.2016/679.
[4] Art. 12 pkt 4 ustawy sektorowej dodający w unza art. 22c ust. 3.



5.2 Ograniczenie przetwarzania

Cele archiwalne w interesie publicznym w rozporządzeniu ogólnym o ochronie danych

Prawo do ograniczenia przetwarzania – polegającego, z zastrzeżeniem wyjątków, na zredukowaniu działań administratora danych do ich przechowywania – uległo względnemu wyłączeniu w przypadkach, gdy osoba, której dane dotyczą, podważa ich prawidłowość albo zgodność ich przetwarzania z prawem[1].

W rozporządzeniu zarzut nielegalności przetwarzania powiązany został w tym kontekście z sytuacją, gdy interweniująca osoba sprzeciwia się zarazem usunięciu danych. W razie braku takiego sprzeciwu pierwszeństwo miałoby z zasady usunięcie danych, ale z uwzględnieniem „proarchiwalnych” klauzul prawa do zapomnienia.

Poza przechowywanie danych objętych sprzeciwem europejska regulacja pozwala administratorowi wykroczyć „za zgodą osoby, której dane dotyczą, lub w celu ustalenia, dochodzenia lub obrony roszczeń, lub w celu ochrony praw innej osoby fizycznej lub prawnej”[2]. Wyłączenie ograniczenia przetwarzania ze względu na roszczenia lub prawa osób trzecich ma znaczenie dla realizowania celów archiwizacji, szczególnie w związku z wydawaniem w wielu archiwach urzędowych potwierdzeń na podstawie przechowywanej dokumentacji, ze względu na prawny interes wnioskodawców. Rozporządzenie formułuje również przesłankę wyjątkowego posłużenia się danymi, które podlegają ograniczeniu przetwarzania, z „ważnych względów interesu publicznego Unii lub państwa członkowskiego”. Wydaje się, że miałaby sporadyczne zastosowanie w realizowaniu celów archiwizacji, nie jest to niemniej całkiem wykluczone. Sformułowanie wyjątku nie przesądza natomiast, by miał on obejmować prawa stricte informacyjne, w tym wolność badań naukowych.

Możliwe zastrzeżenia do prawidłowości danych lub legalności przetwarzania odnoszą się do korzystania, w związku z realizowaniem celów archiwizacji, z „owoców zatrutego drzewa”, np. w sytuacji gromadzenia w archiwach danych, które pierwotnie zostały pozyskane z naruszeniem prawa albo były od początku wadliwe, albo uległy niedozwolonemu przekształceniu.

W związku z odwołaniami do prawidłowości danych, może nasuwać się tradycyjne rozumienie tego pojęcia – jako wierności stanowi rzeczy, odpowiedniości względem faktów, braku fałszu[3]. Rozporządzenie nie poprzestało jednak na przymiocie prawdziwości. Posłużyło się bowiem zwrotem „dane osobowe, które są nieprawidłowe w świetle celów ich przetwarzania”[4]. Wobec tego, problematyczne stało się zarówno przetwarzanie danych fałszywych, niedokładnych lub niekompletnych, jak i odzwierciedlających fakty, ale z innych względów niedozwolonych. Nic po zgodności informacji z rzeczywistością, jeśli postępowanie z nią nie prowadziłoby do zakładanego celu albo przekroczyło limity czasowe, naruszało zakazy, albo gdyby sam cel nie był poprawnie określony. Wymogowi prawidłowości danych, choć niewyróżnionemu w rozporządzeniu spośród innych, można przypisywać rangę metadyrektywy w sferze przetwarzania.

Z uwagi na wyjątek zastrzeżony w ustawie krajowej, ograniczenie przetwarzania nie dochodziłoby jednak do skutku nawet z przyczyny pierwotnego zbierania danych w sposób bezprawny albo w przypadku nieprawdziwości, nieścisłości lub niekompletności danych. Z drugiej niemniej strony, nadrzędność celów archiwizacji miałaby miejsce ściśle „w zakresie niezbędnym do zapewnienia korzystania z materiałów archiwalnych zgodnie z ustawą, bez naruszania istoty ochrony danych osobowych zawartych w tych materiałach”.

Ponadto, sam argument historyczności danych nie może być uważany za bezapelacyjny i ostateczny; także on podlega regułom proporcjonalności. Misją archiwów jest wprawdzie dokumentowanie przeszłości, jakąkolwiek by była – ale z pewnością nie zamyka to wszelkich możliwych sporów.

Materiały archiwalne podlegają niemniej gromadzeniu przez archiwa ze względu na ich trwałą wartość informacyjną, a ich ewentualne wady – w tym nieprawidłowość lub sprzeczność z prawem – uważane są za chronioną cechę oryginalną, świadectwo przeszłości. Wady te, w świetle ustawy krajowej, nie sprzeciwiają się przetwarzaniu informacji, w tym danych osobowych, z zastrzeżeniem ostrożnościowych procedur ich udostępniania. Unormowanie powyższego było nieodzowne, gdyż przesłanki ograniczenia przetwarzania danych, określone w rozporządzeniu, są niespójne lub wprost kolidują z motywami podejmowania działalności archiwalnej (realizowania celów archiwizacji w interesie publicznym). Ograniczenie przetwarzania danych, takie, jak rozumie je rozporządzenie, byłoby równoznaczne ze zredukowaniem podejmowanej w stosunku do nich działalności archiwalnej do przechowywania, z możliwym wykluczeniem ich ewidencjonowania, opracowania, a także zabezpieczenia, w tym konserwacji, ewentualnie niezbędnej do zapobieżenia utracie dokumentów. Każda z tych czynności ubocznie wiąże się bowiem z przetwarzaniem danych osobowych.

Częściowe wyłączenie praw osób, których dane dotyczą, należało odnieść do przypadków kwestionowania prawidłowości danych przez takie osoby, w szczególności ze względu na przeszłe przetwarzanie z naruszeniem legalności. W tym bowiem zakresie literalne wykonywanie prawa do ograniczenia przetwarzania poważnie utrudniałoby lub uniemożliwiało prowadzenie działalności archiwalnej – co w rozporządzeniu zalicza się do uzasadnień wyjątków.

Pomniejszenie prawa do ograniczenia przetwarzania nie powinno powodować ryzyka bezprawnego udostępniania chronionych danych osobowych. Udostępnianie podlega bowiem odrębnie określonym zabezpieczeniom, zarówno w zakresie zmian wprowadzonych w ustawie dla zapewnienia stosowania rozporządzenia, jak i jej dotychczasowych przepisów. Tego rodzaju środki zapobiegają w szczególności naruszeniu istoty prawa do ochrony danych.

Nie ma natomiast wątpliwości, że uprzywilejowanie celów archiwizacji nie osłaniałoby – m.in. przed prawem do ograniczenia przetwarzania – ewentualnego prowadzenia samej działalności archiwalnej wbrew standardom prawidłowości danych albo wbrew prawu.


[1] Art. 18 ust. 1 lit. a i b R.2016/679; art. 12 pkt 4 ustawy sektorowej dodający w unza art. 22b ust. 1 pkt 2.
[2] Art. 18 ust. 2 R.2016/679.
[3] Za tradycyjnym, werystycznym rozumieniem pojęcia prawidłowości opowiada się Arleta Nerka (w:) Sakowska-Baryła (red.),  Ogólne rozporządzenie, komentarz do art. 5 [7], s. 146. Podobnie, ale szerzej, z uwzględnieniem staranności w zbieraniu danych – Litwiński (red.), Rozporządzenie UE, komentarz do art. 5 [16].
[4] Art. 5 ust. 1 lit. d R.2016/679.



5.1 Sprostowanie danych

Cele archiwalne w interesie publicznym w rozporządzeniu ogólnym o ochronie danych

Prawo do sprostowania danych osobowych zostało sprecyzowane w ten sposób, że „przetwarzający przyjmują od osoby, której dane dotyczą, pisemne sprostowanie lub uzupełnienie dotyczące jej danych osobowych, nie dokonując ingerencji w materiały archiwalne”[1]. Przedłożone sprostowanie lub uzupełnienie danych podlegałoby przechowywaniu odrębnie od dotychczas zgromadzonych danych, z tym, że informacja o nich byłaby obligatoryjnie uwidoczniona w odpowiednich środkach ewidencji zasobu archiwalnego[2].

Językowa wykładnia pojęcia sprostowania mogłaby prowokować spory, oparte na jego rozumieniu jako całkowitego zatarcia informacji kwestionowanych, na rzecz zastąpienia ich innymi, uważanymi za poprawne. Odpowiednio, uzupełnienie może być pojmowane jako zastąpienie pierwotnego zestawu danych przez zestaw poszerzony, bez wyróżniania (zaznaczania) dodanych składników. Negację takich działań osoby zainteresowane gotowe byłyby uważać za pogwałcenie ich praw. Niezbędne było wobec tego wyraźne wykluczenie, by zakwestionowane treści miały być usuwane – czego niektórzy zainteresowani prawdopodobnie by oczekiwali.

Wymogi integralności i autentyczności materiałów archiwalnych jako świadectw historii przemawiają przeciw ingerowaniu w nie poprzez modyfikację danych osobowych. Znamienne, że zasada ich nienaruszalności nie jest wyraźnie chroniona w prawie krajowym, lecz nie podlega jednak podważaniu; cieszy się zwyczajowym uznaniem. Przeciwne jej działanie ustawodawca uznał – nie bez wpływu ze strony archiwistów – za kolidujące z celami działalności archiwalnej w rozumieniu ustawy. Dbałości o oryginalny przekaz nie sprzeciwiałoby się natomiast dołączanie przez osoby zainteresowane dodatkowych informacji, oznaczonych jako wtórne.


[1] Art. 16 R.2016/679; art. 12 pkt 4 ustawy sektorowej dodający w unza art. 22b ust. 1 pkt 1 i ust. 2.
[2] Charakterystyka zmian w unza może wykazywać zbieżności z odpowiednimi fragmentami uzasadnienia ustawy sektorowej. Podobieństwa te nie naruszają praw własności intelektualnej ani innych praw.