4. Obszar regulacji

W unza wskazane zostały m.in. reguły korzystania z tej części dokumentacyjnego dziedzictwa, która stanowi państwowy zasób archiwalny. Wskazane, a nie ustalone, bo w normatywnym porządku nie doszło do wytyczenia domeny, która byłaby dla archiwów specyficzna. W przeszłości takie próby punktowo podejmowano, zwłaszcza w kierunku stanowienia szczególnych restrykcji, ale z czasem przeważył pogląd, że finalna archiwizacja dokumentów jest zdarzeniem organizacyjnym, pozbawionym dostępowej istotności. Ma wprawdzie miejsce zmiana zarządcy, ale ten aspekt właściwie pozostał w unza domyślny. Jeśli na progu archiwum coś się zmienia, to z racji wyraźnego upływu czasu od zapisania informacji, jej oderwania od bieżących interesów, zmurszenia sekretów i tajemnic.

Poza tym, dla znacznej części instytucji, które prowadzą „działalność archiwalną”, udostępnianie składników dokumentacyjnego dziedzictwa zaliczane jest do kardynalnych zadań. Z tych względów na archiwalnym etapie życia dokumentów wyeksponowaniu ulegać mogą wolności informacyjne. Normatywne podstawy reguł pozostają wszak niemal takie same, jak przed końcową archiwizacją, z zastrzeżeniem bieżących przeobrażeń w systemie prawa. Pozyskiwanie informacji przez zainteresowanych – bez względu na status gromadzenia i przechowywania jej źródeł – korzysta z rozległych i złożonych gwarancji albo napotyka uprawnione bariery. Dostępowych przepisów unza mogłoby nie być. Będąc zaś, sytuują archiwa w ogólnym systemie wolności i praw, nie przenosząc użytkowników zasobu archiwalnego w odrębną sferę prerogatyw ani zakazów.

W 2016 r., po latach dość licznych cząstkowych nowelizacji, przepisy te uzyskały całkowicie nowe brzmienie. Zmiana objęła nie tyle istotną normatywną treść, co głęboką redakcję tego, co niegdyś spisano według przebrzmiałych już legislacyjnych standardów, mimo że pod wpływem nowatorskich intuicji. Rok 1983, gdy ustawę uchwalono, lata go poprzedzające i szereg następnych to czas przewagi państwa nad obywatelami. W przypadku unza (jak i całego ówczesnego porządku prawnego) przejawiło się to w przyzwoleniu na dowolne konkretyzowanie przez organy publiczne treści przepisów, które uchwalane były często w postaci zaledwie ramowej. W umiarkowanym natomiast stopniu – co najwyżej w warstwie językowej – ustawa ta dotknięta została autorytarną skłonnością do reglamentacji wolności i praw informacyjnych. Protoliberalne dostępowe koncepcje wyróżniały ją na tle ówczesnego systemu unormowań. Zachowawcze okazały się raczej postawy adresatów przepisów, zarówno pracowników, jak i gości archiwów, a współwystępowanie imperatywności tych pierwszych i uległości drugich przez lata nie ustawało. Sama natomiast unza, z racji informacyjnej otwartości, może być uważana za progresywistyczny fenomen swojej zamierzchłej epoki.

Wszystkie zmienione przepisy unza znajdują się w rozdziale „Państwowy zasób archiwalny”. Zdeterminowało to zasięg oddziaływania regulacji, z tym jednak, że wskazanie podmiotów zobowiązanych do stosowania zmodernizowanych zasad udostępniania materiałów archiwalnych uległo zawężeniu w stosunku do ustawowego katalogu  prowadzących działalność archiwalną w zakresie tegoż zasobu[1]

Dalszych wyłączeń od stosowania znowelizowanych unormowań wyraźnie nie zastrzeżono, choć faktycznie ustawa zderza się zarówno z przepisami szczególnymi, jak i praktykami w instytucjach, które prowadzą tzw. archiwa wyodrębnione. Najbardziej doniosłe wyjątki, wręcz odstępstwa od sformułowanego na nowo standardu, wynikły z pozostawienia w unza delegacji do specyficznego uregulowania dostępności tychże archiwów wyodrębnionych[2]. Kolizje z ustawą – mające źródła częściowo zwyczajowe – występują ponadto w działalności publicznych bibliotek i muzeów, jeśli przechowują dokumenty, które spełniałyby kryteria zaliczenia do materiałów archiwalnych. Nowa wersja unza nie negowała trudnego status quo, choć zarazem milcząco zrobiła miejsce dla ewentualnych konwertytów, otwierając przed nimi drzwi do stosowania jej dostępowych reguł.

Modernizacyjna powściągliwość inicjatorów nowelizacji unza nie była pod tym względem aprobatywna. Uchylili się tylko przed otwieraniem kolejnego wątku zmian, bo na pierwszym planie stawiali reguły, które przesądzały o jakości dostępu do archiwów państwowych. Dodanie do tego zagadnień, które obejmowała delegacja dla archiwów wyodrębnionych, nierealistycznie poszerzałby zaś skalę projektu, pociągając za sobą ryzyko – graniczące z pewnością – oporu oraz impasu.

W procesie legislacyjnym wystąpiła sygnalizowana już osobliwość, która wpłynęła na kształt regulacji: inicjatywę w sprawie nowelizacji skupił w swych rękach zwierzchnik archiwów państwowych, eksponując swoje koncepcje i priorytety. W tym czasie w nikłym już stopniu był w stanie efektywnie sprawować funkcję centralnego organu administracji rządowej w sprawach państwowego zasobu archiwalnego, lecz przeważyła okoliczność, że inni zobowiązani nie zaangażowali się widzialnie w uzgodnienia projektu zmian. Ich objawowa pasywność brała się zapewne z poczucia pomniejszego znaczenia unza w ich rutynie, a bardziej jeszcze z utrwalonego polegania na przepisach odrębnych, w tym podustawowych, które w stosunku do tej kategorii zobowiązanych znacznie ograniczały stosowanie odnowionych unormowań. Nawet zresztą, gdy nie tak stanowiły, z takim skutkiem były używane.

Nowelizacja z 2016 r., stanowiąca 37. zmianę w unza, zyskała charakter reformacyjny: dążyła na ogół do wypełnienia dotychczasowych niedopowiedzeń i niekonsekwencji ustawowej regulacji. Nie miała na celu wykreowania na nowo integralnego modelu udostępniania dokumentacyjnego dziedzictwa, lecz tylko usunięcie i zastąpienie rozwiązań, które wykazywały dysfunkcje w normowaniu tego wycinka działalności archiwów. Na miejsce skreślonych nowelizacja wprowadziła przepisy poprawne w świetle standardów prawnego porządku, poddanego systemowym przeobrażeniom u schyłku zeszłego stulecia. Natura jej była responsywna – stanowiła reakcję na rażące wady i luki unza, niedogodności wykrywane na przestrzeni lat. Przy tym jednak utrzymywała się w ramach zastanego konceptu, dopasowywała się do korpusu ustawy, dokonując swoistego „przekładu” dotychczasowych przepisów dostępowych na język współczesnej legislacji. W umiarkowanym natomiast zakresie dążyła do przełomowych innowacji. Wynikało to z zasadniczej aprobaty inicjatorów nowelizacji wobec założeń oraz intencji ustawodawcy działającego w 1983 r., a z drugiej strony – ze sceptycznego poglądu na programowy dorobek środowiska archiwistów, niepomyślnie rokującego dla projektu, który byłby kompleksowy i nowatorski. Potrzebna byłaby integralna koncepcja, z przeobrażonymi założeniami i aparatem pojęciowym, a zmiany w takiej skali nie było komu unieść. Ta względna zachowawczość nie wykluczała zarazem krytyki unza – wykraczającej nawet poza zakres dokonanej nowelizacji.

Zastanawiające mogłoby się wydać, że na przestrzeni dekad, naznaczonych ekstremalnymi zmianami, reguły dostępności publicznych archiwów historycznych (na których skupia się unza) zdają się pozostawać w kręgu tych samych pryncypiów. Nie jest to całkiem ścisłe; trwanie było profitem z następujących po sobie dyskretnych adaptacji. Poza tym, informacyjna otwartość korzysta ze wsparcia wolnościowego paradygmatu, aksjologicznie ugruntowanego i mającego stabilnie wysokie społeczne poparcie. W powszechnej  świadomości zagościł od niedawna, ale zdaje się mocno w niej zakorzeniony – choć nie na prawach wyłączności. Uprawnione dostępowe obiekcje skupiają się natomiast w cienkiej chronologicznej warstwie dynamicznej i poszerzonej współczesności. Gdyby nie była wypełniona sekretami żyjących ludzi, to strapień przysparzałaby tylko nietrwałość materii, naturalna przeważnie destrukcja dokumentów. 

Ponadto, na warunki dostępności państwowego zasobu archiwalnego wpłynęła kolejna nowelizacja unza, dokonana w 2019 r. w związku z implementacją w krajowym systemie prawnym europejskich przepisów o ochronie danych osobowych. Ówczesne modyfikacje nie skutkowały w ogólności pomniejszeniem możności korzystania z zasobu archiwalnego. Przeciwnie, punkt ich ciężkości przypadł na moderowanie restrykcji przetwarzania danych osobowych w działalności archiwalnej, w tym zwłaszcza w związku z gromadzeniem oraz udostępnianiem materiałów archiwalnych. Zgodnie z naturą wdrażanych przepisów, ochronne dylematy objęły niewielki czasowy przedział archiwalnych zasobów, poddany wszelako  nasilonej eksploracji. Z uwagi na cele unormowań, archiwa zostały zobowiązane do zabezpieczania danych przed nieuprawnionym przetwarzaniem, lecz niezamknięte przed zainteresowanymi pozostały te treści, które stanowiły fundament historycznych świadectw. Wagę miało zapewnienie, że archiwa gromadzą dokumentację, jaka faktycznie powstała, bez względu na jej wady, w tym ewentualną bezprawność sporządzenia albo nieprawdziwość informacyjnego przekazu. Zmiany w przepisach ustawy, które zaczęły obowiązywać z dniem 16 czerwca 2016 r. oraz 4 maja 2019 r. objęły całość reguł dostępności dokumentacyjnego dziedzictwa, które zostało zgromadzone przez podmioty oraz quasi-podmioty, wyróżnione zobowiązaniami w tym zakresie – z zasygnalizowanym ominięciem szczególnej regulacji dla archiwów wyodrębnionych, a także wykluczeniem archiwów zakładowych. Nie byłoby więc celowe – z wyjątkiem nieodzownych okazjonalnych nawiązań – sięganie w przeszłą, długą i frapującą historię unza. W literaturze przedmiotu dawniejsze brzmienie przepisów oraz przeobrażenia regulacji poddane zostały odrębnym analizom[3].


[1] Art. 23 unza.
[2] Art. 17. ust. 3 unza, szczególnie w brzmieniu ustalonym w Dz.U. z 2011 r. Nr 123, poz. 698.
[3] Czesław Biernat, Ustawa o narodowym zasobie archiwalnym i archiwach [w:], Archeion, t. LXXX, Warszawa 1986, s. 55 – 85; Dariusz Grot, Ku przeszłości otwartej. Dostępność archiwów państwowych w Polsce w latach 1918-2014, Warszawa 2015.

3. Źródła prawodawczych inicjatyw

Przywoływane poniżej „intencje ustawodawcy” to konwencjonalne wyrażenie, które w odniesieniu do unza odczytywać trzeba krytycznie. W ponadczasowej praktyce legislatywa umiarkowanie interesowała się problemami dokumentacyjnego dziedzictwa. Sytuują się one na peryferiach polityki, nie spełniając kryteriów ważności upowszechnionych w sferze rządzenia. Formowanie zbiorowej pamięci, trwały instrument władzy, obywa się bez archiwów, a wystarczają mu historyczne mitologie. W 1983 r. unza została przegłosowana przez milczący, obojętny Sejm[1]. Dostrzeganie depozytariuszy spisanej pamięci zdarza się incydentalnie, na ogół w powiązaniu z doraźnymi oczekiwaniami ekspansywnych uczestników życia publicznego.

Większość projektów zmian w unza oraz projektów wydanych do niej przepisów wykonawczych przez dekady stanowiła produkt urzędu naczelnego dyrektora archiwów państwowych, procedowany dalej na legislacyjnej ścieżce. W biegu projektów aktywizują się niekiedy grupy nacisku, ale ściśle w granicach selektywnych zainteresowań. Ubocznym skutkiem jest nieobecność merytorycznego superwizora albo tylko krytycznego współuczestnika, który weryfikowałby projekty z zewnątrz, wolny od subiektywizmu  ich twórców, a także czynionych przez nich, po części nieświadomie, założeń. Wśród ingerencji spoza grona faktycznych projektodawców przeważają te z zakresu techniki legislacyjnej. W kontekstach tu uwzględnianych wola ustawodawcy z reguły kształtowana więc była przez same archiwa państwowe, a ściślej – zespoły urzędników nadrzędnego organu. W retorycznym skrócie, z punktu widzenia tych archiwów – „ustawodawca to my”.

Prawotwórcza dominacja jednej grupy archiwów, przejawiająca się w kształtowaniu – czasem bez legislacyjnej biegłości – zarówno  samego korpusu unza, jak i kilkudziesięciu jej nowelizacji, niekorzystnie wpłynęła na efektywny zasięg ustawowego unormowania działalności archiwalnej. Zjawisko to dotknęło również przyswajania standardów profesji, w których przepisy prawa powinny znaleźć rozwinięcie. „Państwowa sieć archiwalna”, zapisana w ustawie, w znacznym stopniu pozostała abstrakcyjnym pojęciem; nie zrosła się w rzeczywistą całość. Utrzymała się również przepaść między nią a innymi  przechowawcami materiałów archiwalnych. Stan ten budzi obawy z perspektywy zarządzania dokumentacyjnym dziedzictwem. Trwały kryzys wyraża się również w nikłej skuteczności ustawowych zasad udostępniania materiałów archiwalnych, z łatwością wypieranych przez przepisy szczególne oraz rozproszone praktyki.

Zastrzec niemniej trzeba, że przedłożony Sejmowi projekt unza, przyjęty w 1983 r., był rezultatem długiego, kilkunastoletniego (choć nieciągłego) procesu, z udziałem wielu aktorów[2]. Szczegóły jego biegu nie dość zostały zapamiętane, ale przeobrażeń koncepcji oraz wariantów normatywnej treści nie tracili z oczu trzej kolejni w tamtych latach zwierzchnicy archiwów państwowych. Zwłaszcza ostatniemu z nich, który doprowadził przedsięwzięcie do skutku, środowiskowa legenda przypisuje brawurową ingerencję w projekt ustawy, na niewiele godzin przed skierowaniem do Sejmu. Wszyscy oni w zamysłach prawnej regulacji mieli na względzie – choć nie do ustalenia są wagi ich dążeń w tym kierunku – zaspokajanie poznawczych potrzeb i dostępność publicznych archiwów[3]. Żaden nie był podobny do bohaterów szkolnych czytanek, lecz każdy angażował się – czasem na paradoksalne sposoby – w badania naukowe, w tym historyczne, albo przynajmniej przywołujące autorytet nauki. Wykoncypowali w rezultacie unormowania na miarę interesów zawodowego środowiska, które chcieli uważać za swoje i dla którego mieli względne zrozumienie. Rys informacyjnej otwartości, w unza niezaprzeczalny, brał się więc nie tyle z liberalnego ducha, co wyrażał respekt dla oczekiwań profesjonalnych badaczy. Uchwalone dostępowe przepisy pozostawiły poza tym podmiotowe niedomknięcie, które przeobrazić miało się z czasem w szeroką drogę dla rozmaitych zainteresowanych. Idee powszechnych wolności informacyjnych zdawały się niemniej pozostawać – co nie stanowi inwektywy – poza horyzontami mentalności ojców unza, niejednakowych, lecz wspólnie zadomowionych w opresyjnym porządku. Gwarancjom dostępu do informacji towarzyszyły więc klauzule reglamentacyjne – w znacznym stopniu, co prawda, uśpione.

W urzędzie zwierzchnika archiwów państwowych znany był wolnościowy potencjał unza, ale ta wiedza, pozostająca w wąskim kręgu znawców, dalece nie od razu przełożyła się na wykonawczą praktykę. Prekursorskie tendencje uległy zawieszeniu. Liberalne i w miarę efektywne miało być dopiero normotwórcze odczytanie dostępowych przepisów na nowo, w kilkanaście lat po ich uchwaleniu, po upływie przewlekłego zaćmienia. Niemal drugie tyle upłynęło do nowelizacji unza, która dążyła – nie w pełni skutecznie – do wyzwolenia idei z nieskładnej formy. Dawni promotorzy ustawy podlegali uwikłaniom swoich czasów, byli znanymi osobistościami, funkcjonującymi wprawdzie na peryferiach zarówno systemu politycznego, administracji rządowej, jak i świata nauki, ale dobrze rozpoznawalnymi – również poza siecią państwowych i innych publicznych archiwów. Sprawiało to, że z początku unza nie była całkiem postrzegana w kategoriach wąskiej branżowości. Kruche i różnie skalowane umocowanie „pierwszych archiwistów” w świecie władzy i administracji miało jednak w przyszłości słabnąć, ze skutkami dla mocy oddziaływania ustawowych przepisów.


[1] Por. Emilia Leśniewska, Droga do ustawy o narodowym zasobie archiwalnym i archiwach (w:) Archeion, t. CXV/2014, s. 42.
[2] E. Leśniewska, Droga do ustawy …, s. 25-44.
[3] Por. Alicja Kulecka, ‘Maximum of Information’ – ‘Minimum of Records’: Collection Building Policy in the Work of Director of Department of National Archives and Chief Directors of State Archives (1945–1989) (w:) Res Historica. Czasopismo Instytutu Historii UMCS,  49/2020, s. 425;  https://journals.umcs.pl/rh/article/view/8917 [odczyt: 2021 10 10].

2. O czym?

Dostępowe unormowania ustawy o narodowym zasobie archiwalnym i archiwach (dalej jako „unza”)[1] kształtują możność korzystania z dokumentacyjnego dziedzictwa, osobistej partycypacji w eksplorowaniu spisanej przeszłości. Ich zasadą jest informacyjne otwarcie ku zainteresowanym, ale mogą też skrywać restrykcje.

Komentowane przepisy odnoszą się do sposobu, uwarunkowań i trybu komunikowania swoistych informacyjnych reliktów, nazywanych – w imię płytkiej tradycji – „materiałami archiwalnymi”[2]. Wyrażenie odnosi się do tych utrwalonych świadectw, w których dostrzeżona została nieprzemijająca poznawcza wartość – dokumentujących dzieje społeczeństwa i państwa. Poruszycielami obu tych ostatnich byli i są ludzie, kreatorzy oraz powiernicy mnemicznych śladów, też więc znaleźli się w polu widzenia ustawy. Podsuwa ona określenie owego nagromadzenia treści jako „narodowego”, nie wyposażając go jednak w etniczne konotacje. To etykieta sprawczości wielogeneracyjnej „wspólnoty politycznej”, nieciągłej i niejednorodnie gęstej, splecionej z mnogich żywiołów – która dotarła do unifikacyjnego podsumowania[3]. Wybrane pozostałości zapisywania, czynności cywilizacyjnej, podlegają, z racji przyznawanego im znaczenia, bezterminowemu przechowywaniu. Na ogół nie powstawały jako historyczne dowody ani relacje, ale funkcjonowały w swoich przebrzmiałych teraźniejszościach i były wówczas instrumentami praktycznego działania. Pierwotna, utylitarna rola ma zwykle następstwa dla dalszego sensu i wagi informacyjnych przekazów. Niemniej jednak, z biegiem lat stają się czymś innym. Zyskują walor śladów przeszłości, przeobrażają się w punkty  obrazu dziejów. Wyobrażalne jest nabywanie przez nie z czasem wymowy wcześniej nierozpoznawanej.

Unormowania, o których tu mowa, nie tylko dotyczą komunikatów, które wyróżniać ma nieprzemijająca informacyjna istotność, ale ponadto zaczynają działać na takim etapie ich bytowania, gdy z zasady (nie zawsze faktycznie) utracą już swą początkową, praktyczną użyteczność, przechodząc w sferę wiedzy. Nie wszystkie wprawdzie akty wglądu w tego rodzaju treści biorą się z epistemicznej aspiracji, lecz właśnie ona jest uznawana za emblematyczną.

Kryterium kognitywne spotyka się z dawnością. Upływ lat i wieków przynosi zacieranie znaków pamięci, a w tym – utratę części dokumentacyjnego dziedzictwa. We wspólnotach, które ocaliły niewiele, nawet nikły skrypturalny osad stanowić może poznawczą i symboliczną cenność. Respektuje się zarówno jego treść, jak i materialną postać. Niekiedy bywa pod oboma względami błahy, a liczy się jako sam dowód, że przed wiekami lub tylko przed dziesięcioleciami zapisywano – przeciw ulotności czasu i pamięci. To świadectwo szczególnej aktywności, ślad funkcjonowania struktur administracyjnych albo systemów gospodarczych, albo twórczości. Może być przejawem wielorakich ludzkich dążeń i zachowań, sposobów kształtowania zbiorowego albo jednostkowego życia.

Wśród ustawowych wyróżników kluczowej części  „materiałów archiwalnych” występuje ich publiczna własność[4]. Bywa to jednak samym roszczeniem do takiego stanu rzeczy, opartym na kryteriach słuszności[5]. Zamierzchłość unza sprawia, że łącznie posługuje się ona pojęciem „państwowego zasobu archiwalnego”. Gdy w pierwotnym brzmieniu ją uchwalano, państwo – zrośnięte z partyjną biurokracją – było wszechobecne, pochłaniając również organy samorządu terytorialnego, a nawet wykazując splot z niektórymi społecznymi organizacjami. Tamten świat uległ przepadkowi, lecz przetrwał tradycyjny termin. Niemniej, dalece nie wszystkie z uwzględnianych tu dóbr powstały jako składniki mienia Skarbu Państwa, a „państwowe” słusznie byłoby w przytoczonym kontekście rozumieć jako „publiczne”. Granice tego ostatniego wytyczane są wprawdzie umownie i rozszerzająco, ze skłonnością do problematycznych inkorporacji[6]. Zadawniony terminologiczny etatyzm spotyka się z usankcjonowaną praktyką, gdyż postępowanie z informacyjnym dorobkiem organów jednostek samorządu terytorialnego i samorządowych jednostek organizacyjnych niezmiennie podlega kontroli rządowych agend, zaś jego część, zakwalifikowana jako najcenniejsza, docelowo jest przez owe agendy przejmowana do bezterminowego przechowywania. 

Przyjęło się, że depozytariuszami tego rodzaju reliktów są archiwa, w szczególności te nazywane końcowymi[7]. Granicy, która oddzielałaby zasoby archiwalne od innych zbiorów informacyjnego dziedzictwa nie sposób wyraźnie wytyczyć. Archiwa powstawały w kulturze pisma – i źródła utrwalone za pomocą konwencjonalnych znaków, również w technologiach elektronicznych, niezmiennie w nich przeważają. Nie to jest jednak dla archiwów specyficzne, a za odróżniającą je właściwość uważać wolno przewagę informacyjnych przekazów nieprzeznaczonych wstępnie do szerokiego rozpowszechniania – nawet bez prostych skojarzeń z jawnością, poufnością albo prawami wyłączności, a raczej w sensie dystrybucyjnych intencji oraz potrzeb pierwotnych dysponentów dokumentów, w tym zwłaszcza ich twórców. Nabyta później funkcja historycznego źródła usuwa ekskluzywizm, który często cechował początkową użyteczność.

Umownie, pojęciem „archiwów” obejmuje się – tu i poniżej – także organizacyjne byty (często pozbawione instytucjonalnej odrębności) inne niż archiwa, gdy prowadzą „działalność archiwalną” w rozumieniu ustawy, w zakresie państwowego zasobu archiwalnego, albo w jej prowadzeniu przynajmniej uczestniczą, gromadząc, przechowując i udostępniając dokumentacyjne świadectwa. Podobnie, „podmiotami” nazywa się też wielu zobowiązanych przez ustawę, którzy podmiotowością literalnie się nie odznaczają, ale nie poprzestają też na rolach czysto wykonawczych. Mowa więc o archiwach sensu stricte, lecz również o niebędących nimi instytucjach publicznych (w tym quasi-podmiotach) z kręgu struktur państwa lub samorządu terytorialnego, a przynajmniej organizowanych przez te instytucje bądź finansowanych – które wykazują zaangażowanie w omawiane tu funkcje. Doza terminologicznej umowności była niezbędna dla toku wywodu, który z założenia wykracza poza formalistyczną ścisłość. Tylko jedna kategoria archiwów uległa – w samej unza – kategorycznemu wykluczeniu z zakresu reguł dostępowych, z racji całkowitego ich podporządkowania instytucjom, przy których albo w których zostały utworzone. Są to tzw. archiwa zakładowe. Jednocześnie, wyróżnione zostały poniżej precedensy adresowania niektórych unormowań wyłącznie do określonych rodzajów zobowiązanych przez ustawę. Specyficzne regulacje dotyczą zwłaszcza archiwów państwowych. To ślad po ich początkowo dominującej pozycji w „państwowej sieci archiwalnej”.

Ponadto, archiwa te gromadzą fotografie, nagrania dźwiękowe, filmy, dokumentację kartograficzną, techniczną „oraz inną”. To ostatnie wyrażenie forsownie otwiera przedmiotowy zakres ustawowej regulacji, lecz jednak nie przybiera znaczenia „cokolwiek”. Z perspektywy korzystania z archiwów „czystość gatunkowa” nie ma zresztą większego znaczenia. W kontekście dostępności informacyjnego dorobku rozsądne okazuje się uwzględnianie wszystkiego, co faktycznie trafiło do archiwalnych magazynów lub cyfrowych repozytoriów – włącznie z dokumentacją, która może nie spełniać koronnego kryterium trwałej poznawczej wartości, albo (w umiarkowanej, co prawda, liczbie) z niedokumentacyjnymi obiektami mającymi walor estetyczny bądź symboliczny – bliskimi muzealiom. Kwalifikacja jest zawodna i chwiejna, a liczą się jej nieidealne, ale kategoryczne ewidencyjne przejawy.

Jeśli zaczyna się mówić o tym, czym jest udostępnianie materiałów archiwalnych, a także czym są te materiały, nie sposób odwrócić się od zagadnienia, dla kogo są dostępne. Ustawa wprost stanowi, że mogą być to wszyscy. Dokumentacyjne zasoby udostępnia się zwykle zainteresowanym zewnętrznym w stosunku do instytucji, w których funkcjonują udostępniające archiwa albo które wręcz są takimi archiwami. Unza nie zajmuje się dystrybucją informacyjnych zasobów wśród pracowników twórcy dokumentacji albo jego następcy bądź jej depozytariusza, ponieważ występują oni jako oczy i ręce instytucji, a nie autonomiczni użytkownicy, we własnym imieniu działający.

Składniki dokumentacyjnego dziedzictwa udostępnia się zasadniczo – jak wskazuje unza – w odzewie na samo oznajmienie zainteresowania, przeważnie bez potrzeby przedkładania dalszych uzasadnień. Te ostatnie miałyby zastosowanie dopiero w sytuacji, gdyby poznawcze dążenia spotkały się z uprawnioną skrytością.

Jest tu miejsce na terminologiczne zastrzeżenie: unza dotyczy ściśle udostępniania w jej rozumieniu – skądinąd niepewnym, pozbawionym definicji legalnej. Gdy przepływy zarchiwizowanej wiedzy następują na innej prawnej podstawie, należy posługiwać się – choć nie bez zastrzeżeń – regułami oraz terminami właściwymi dla stosownych przepisów odrębnych. Czynności  zewnętrznie podobne do udostępniania mogą w istocie być np. „oględzinami dowodów”.

Główny nurt korzystania z archiwalnych zasobów obejmuje dowiadywanie się (z różnymi motywacjami) o tym, co zostało w nich utrwalone, często w zamiarze ogłaszania informacyjnych znalezisk oraz wywiedzionych z nich konkluzji. Masowość dokumentacyjnego dziedzictwa czyni te zasoby dziedziną eksploracji i odkryć. Jest to zarazem użytek, który wprowadza komentatorską refleksję w obszar informacyjnych wolności i praw.

Gwarancje dostępności tych reliktów, a zwłaszcza ich części będącej w gestii sektora publicznego, są liczne – ugruntowane w prawie międzynarodowym i krajowym. Zwieńczeniem stała się uogólniona wolność pozyskiwania i rozpowszechniania informacji, mająca rangę konstytucyjną[8]. Ustawa zasadnicza sformułowała również zamkniętą listę dozwolonych przesłanek odstępowania – zwykle częściowo – od zawarowanych przez nią dobrodziejstw[9]. Pod tym względem dla publicznych archiwów, które udostępniają swoje zasoby w rozumieniu unza, specjalne znaczenie mają zapewnienia dawane przez prawodawców osobom innym niż zainteresowani wglądem w dawne dokumenty. Nie tylko przeciwnym dostępowi, ale nawet bezwiednie narażonym na wynikłe z niego ryzyko ingerencji ze strony pozostałych. Uprawnione interesy mogą przemawiać za limitacją korzystania z informacyjnych swobód.

Cieniem poznawania jest więc ukrycie – moderowanie dociekliwości zainteresowanych. Niektórym typom wiadomości nadaje się obieg przejściowo ograniczony, bo mogłyby przez pewien czas zyskiwać abuzywne i bezprawne zastosowania. Gromadząc informacyjne zasoby archiwa zaciągają zobowiązanie, że będą  temu ryzyku przeciwdziałać. Czynić to powinny  w granicach negatywnych wyjątków, które określone są w Konstytucji i często skonkretyzowane przez ustawodawstwo zwykłe.

Ustawowa regulacja marginalnie objęła też zagadnienie spoza sfery dostępności zapisów informacji – lecz doszło do tego tylko w zakresie niezbędnym dla usunięcia wątpliwości – poprzez oznaczenie i odgraniczenie owego  innego jako różnego od udostępniania w rozumieniu unza, a podległego przepisom odrębnym względem tej ustawy. To przede wszystkim obszar korzystania z archiwalnych zasobów do celów obrotu prawnego, urzędowego potwierdzania treści dokumentów, wydobywania ich znaczenia dowodowego.

Istotne reguły unza, które dotyczą m.in. udostępniania materiałów archiwalnych, przez lata zdawały się adresowane wyłącznie do archiwów państwowych. Nowelizacja z 2016 r. przesunęła akcenty w dziedzinie udostępniania, nominalnie poszerzając podmiotowy zasięg zobowiązań, choć z pewnością nie zapewniła efektywnej zmiany. Gdy unza była uchwalana, archiwa państwowe przeważały wśród końcowych repozytoriów dokumentacyjnego dziedzictwa. Archiwa wyodrębnione, wyjęte spod władzy rzeczowo właściwego centralnego organu, pozostawały zaś nieliczne i niespornie wyjątkowe. Nie miało więc ważkiego znaczenia, że przyznano tym drugim samodzielność w wypełnianiu zadań. Później owe proporcje uległy poważnym zmianom, instytucja wyodrębnienia uległa upowszechnieniu i banalizacji, lecz utrzymało się przyzwolenie, by wiele jednostek sieci archiwalnej (z gruntu już niesystemowej) zarządzało „swoją” częścią dokumentacyjnego dziedzictwa według własnych zasad. Nawet dostępowa regulacja, która jest wspólna dla większości archiwów wyodrębnionych, ma w tym sensie naturę aktu tolerancyjnego. Pozwala uchylać się od wypełniania standardów unza.

Natomiast przypisywanie bibliotekom i muzeom ze sfery finansów publicznych możliwego prowadzenia także „działalności archiwalnej”, włącznie z udostępnianiem materiałów archiwalnych, uległo rozbrojeniu przez nakładające się znaczeniowo ustawowe definicje różnych rodzajów zbiorów[10]. Ten, w czyich rękach znajdą się wstępnie nieznaczone kulturowe relikty, w drodze swobodnego uznania czyni je odpowiednio bibliotecznymi, archiwalnymi lub muzealnymi – sankcjonując to poprzez użycie preferowanego przez siebie ewidencyjnego urządzenia. Istnieją wprawdzie obiekty, które w miarę jednoznacznie przypisać można do typu przechowawcy – ale w ogólności prawo nie wytycza skutecznie granic między materiałami bibliotecznymi i archiwalnymi oraz muzealiami.

Niemniej jednak, ustawowe reguły korzystania ze zarchiwizowanych świadectw przeszłości przejawiają normotwórcze oddziaływanie, które przenika na obszar owej ryzykownej autonomii wielu przechowawców dokumentacyjnego dziedzictwa, skutkuje umiarkowaną, lecz dostrzegalną konwergencją. Nie byłoby więc uzasadnione omawianie przepisów unza w ograniczającym odniesieniu do samych archiwów państwowych.

Komentarz nawiązuje do aksjologicznych i prawnych kontekstów funkcjonowania przepisów o udostępnianiu materiałów archiwalnych, lecz w równej mierze bierze pod uwagę praktykę ich stosowania (a w tym: niestosowania) w działalności instytucji, które podlegają odpowiednim ustawowym zobowiązaniom.

Nader oszczędne są tu odniesienia do literatury przedmiotu – choć nieraz formułuje ona twierdzenia o ważnych aspektach dostępności archiwów. Dystans wobec niej i arbitralność wywodu były potrzebne, by trzymać się określonej egzegezy unza, bez poszerzania horyzontu o krytykę innych podejść do tytułowego zagadnienia. Odnotowano to, co nie ma – prawda, że w subiektywnej ocenie – znamion pomyłki, a stanowi alternatywny pogląd. Z reszty odmienności należało zdawać sobie sprawę i przynajmniej je zapamiętać, także jako odrzucone. Systematyczna analiza wielogłosu niechby wszak zaczekała na osobnych, niewykluczonych glosatorów.

Nie ulega wątpliwości, że komentarz ten, stosunkowo obszerny, przynosi również odpowiedzi na pytania, których nikt nie zadaje. Przekracza granice zainteresowań, które są wyrażane w obrębie zagadnień dostępności archiwalnych zasobów. Chociaż na pierwszym planie opracowania sytuuje się aspiracja do praktycznych jego zastosowań, nie sposób przecież kierować się tylko rozpoznawanymi oczekiwaniami jego adresatów. Poza wszystkim, co szeroko dostrzegane, kryją się inne jeszcze aspekty, które wpływają na warunki eksploracji dokumentacyjnego dziedzictwa. To, że niektóre pytania na co dzień nie padają, nie pozbawia ich znaczenia ani nie zwalnia z prób odpowiedzi na nie.

Dostępowe przepisy unza można by wprawdzie uważać za dotknięte małoważnością. Nie cechuje ich wyjątkowa innowacyjność, a czerpią treść z ugruntowanego już normatywnego dorobku. Przestrzegane są przy tym pobieżnie, zaś w zakresie odmowy dostępu – sporadycznie. Ustępują przed zwyczajami i praktykami – te zaś wykazują znośną funkcjonalność. Roztrząsanie legislacyjnych niuansów, które mają ograniczony udział w rzeczywistości archiwów oraz ich interesariuszy, nie odznacza się więc oczywistą niezbędnością. Istotna jest niemniej obecna w tym wywodzie refleksja nad postawami wobec informacyjnych wolności i praw.

Poza tym, komentarz jedynie wyrywkowo pomnaża doktrynalny dorobek. Żywi się bowiem nie tyle lekturą unza, co realnymi precedensami jej zastosowań, zwłaszcza poza codzienną rutyną. Te zaś w działalności publicznych repozytoriów dokumentacyjnego dziedzictwa bywają trudno uchwytne lub tylko incydentalnie poddawane zastanowieniu. W tym niedostatku kryją się dolegliwe problemy zadomowienia archiwów – nieustannie poszukujących tożsamości a w części będących pod presją marginalizacji – w kręgach kultury normatywnej i administracyjnej. Brzmienie dostępowych zasad unza ustalone zostały nowelizacją tej ustawy sfinalizowaną w 2016 r.[11] Dopełnieniem stały się  przepisy dodane trzy lata później[12]. Chociaż modernizacja była rozległa, to powściągliwie ingerowała w sam model prawnej regulacji, nie podważając aksjomatów gromadzenia i  używania dokumentacyjnego dziedzictwa. Nie dążyła do rewizji głębokich założeń. Skoncentrowała się na wyizolowanym aspekcie „działalności archiwalnej”, a w żadnej mierze nie korespondowała z rozpalającym się od lat dyskursem o fenomenach archiwizacji jako złudnego remedium na cywilizacyjne kryzysy pamiętania[13]. Poprzestała też na elementarnym ujmowaniu archiwów jako repozytoriów dokumentacji, z zachowaniem perspektywy ściśle legislacyjnej, odizolowanej od metonimicznych rozszerzeń, które w ogólności bywają czynione. Obie nowelizacje nie zajęły się więc tym, co można w archiwach uzyskać (źródłową wiedzę? niepewne konstrukty? arbitralne wyimki? opresyjną formację?) – ale tylko, jak tego dokonywać.


[1] Ustawa z dnia 14 lipca 1983 r.; Dz.U. z 2020 r., poz. 164.
[2] Komentarz obejmuje artykuły 16, 16a-16e, 22b-22d unza.
[3] Pojęcie przywołane tu w znaczeniu związku ludzi, zwłaszcza w postaci organizacji państwowej, wywodzonym we współczesnej myśli politycznej z traktatu św. Tomasza, O królowaniu, Kraków 2006.
[4] Unza, art. 1-3.
[5] Unza, art. 15 ust. 3.
[6] Unza, art. 44.
[7] Pojęcie „archiwum końcowego” nie jest znane przepisom krajowego prawa. Pojawiło się natomiast w archiwistycznej literaturze, dla oznaczenia repozytorium, w którym materiały archiwalne kończą swój bieg, by trwać dalej bez czasowych ograniczeń. Por. Tadeusz Grygier, Zarząd aktami. Problem centralny archiwistyki współczesnej (w:) Archiwa, biblioteki i muzea kościelne. T. 38/1979, s. 18 [90]. Pojęcie to mogło zostać zapożyczone z języka archiwistyki francuskiej (les archives dèfinitives).
[8] Art. 54 ust. 1 ustawy z dnia 2 kwietnia 1997 r. – Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, Dz.U. z 1997 r. Nr 78 poz. 483 ze zm. (dalej jako „KRP”).
[9] Art. 31 ust. 3 KRP.
[10] Ustawa z dnia 27 czerwca 1997 r. o bibliotekach, art. 5 (Dz.U. z 2022 r. poz. 2393); ustawa z dnia 21 listopada 1996 r. o muzeach, art. 21 (Dz.U. z 2022 r. poz. 385); unza, art. 1.
[11] Zmiana wprowadzona przez art. 26 ustawy z dnia 25 lutego 2016 r. o ponownym wykorzystywaniu informacji sektora publicznego; Dz.U. z 2019 r., poz. 1446. Obowiązywała od 16 czerwca 2016 r.
[12] Zmiana wprowadzona przez art. 11 ustawy z dnia 21 lutego 2019 r. o zmianie niektórych ustaw w związku z zapewnieniem stosowania rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych); Dz.U. z 2019 r., poz. 730 (dalej jako „ustawa zapewniająca stosowanie rozporządzenia 2016/679”).
[13] Por. Pierre Nora, Między pamięcią i historią, Gdańsk 2022, s. 104, 106-109, 154, 159, 168, 174-175; Jacques Derrida, Gorączka archiwum. Impresja freudowska, Warszawa 2016, s. 24, 31, 42, 84, 89; Danuta Ulicka, Doświadczanie czasu w przestrzeni archiwum, Warszawa 2024, s. 13-53.

1. Access regulations for public archives in Poland 2016-2024. A critical commentary (résumé)

Answer to the question of who is allowed to draw on the documentary heritage of generations is: everyone. The doors of the public archives are open to everyone, and no one is excluded from perusing the relics that form part of the common information legacy. Interested parties can then explore those relics according to their own self-defined needs, using their own queries. The value of these entitlements is not diminished by legal protection of secrets – public or private.

Statutory regulation applies to documentary relics that have been deemed to have enduring value for learning. For this reason, the law has endowed selected manifestations of recording, a civilisational skill, with enduring preservation. The legislators even used the audacious term: 'in perpetuity’.

Nearly all of those relics used to function in their presents, now long past, by delivering their utilitarian usefulness. Today, though their original sense remains, in the course of time passing they have transmuted into dots on an image depicting the past. They may even have gained a previously unrecognised insight value. They have transitioned from their original sphere of utility into the realm of knowledge. Although accessing them is not always motivated by desire to expand knowledge, nonetheless that particular motivation is considered emblematic.

Even when the contents of written relics are trivial, they retain their quality of being old. They are a testament that things used to be recorded – to defy the ephemerality of time and memory. They are tokens of multifarious aspirations, forged by people – the movers and shakers of past communities and states, as well as the creators and trustees of mnemic legacies.

Whatever the original role and importance of these relics, they were headed – unless lost along the way – towards the archives. Archives were one of many things  born from the culture of writing; what differentiates them from other depositories of information relics is the preponderance of content not intended for publication. Not for the reasons of secrecy, but in the sense of original distribution needs. It is a linguistic habit to position archives among the “institutions of memory”, emphasizing their function of carrying the knowledge of the past through time. Yet, they do not do so in a straightforward manner. They remember not what happened; but rather what was recorded, then survived despite countless odds, and – which is key – got noticed.

The archives are not limited to testimonies recorded in writing. Their holdings are so diverse that the legislators concluded the type listing with the phrase “or others”. The object type range, so forcefully opened, has nevertheless not taken the meaning of “anything and everything”. Still, the most unyielding facts are those technical in nature – inventory assignations of previously unmarked objects. Classification can be unreliable and volatile, and what ultimately matters are the access-related entries.

The power of catalogue arrangements works in reverse as well. “Institutions of memory” other than archives also, on occasion, collect the same types of documentary relics, but they give them their own designations – as per the rules of libraries or museums. They benefit from the legislators’ failure to assure separation, by definition, of different types of holdings. Whatever is in their hands is subject to their own rules, including those pertaining to access.

The legislators focused their attention on old documents, remaining in the purview of the public authorities. In the spirit of the authoritarian era, during which the archival law was enacted, the archives have been designated as “state archives”, since the state was all-encompassing at the time. The legislators knew about the existence of other written testimonies of history, but they could not, or would not, name them. It sufficed to indicate what they were not. The adjectives “state” and “important” seemed to be considered akin to each other. A principle was upheld of depositing indicated relics in historical archives, to which the archival community referred by an expressive term as “final”. For these, access regulations were established, albeit with varying attention.

The path to inclusivity of public archives was long. Once it was travelled, it now suffices to declare one’s desire to access the documents, usually with no need for justification. Questions can be asked of those interested only if their exploration desires encounter justified secrecy of others, creating a clash of interests. This tends to occur mostly in the chronological layer of extended contemporaneity, the domain of the living, but that is where the attention of archives’ guests is focused, and that is where the centre of gravity of this part of regulations lies. The rules of access constitute the exercise of freedom to access and distribute the information, while at the same time setting fair limitations thereof.

On occasion, however, a different category of interested users demand access to old documents: public officials, citing specific grounds for their demands. They are not bound by the Act on archives, but the archives are obligated to respect their privileges.

In the mainstream use of documentary heritage, access thereto is granted at the request of the person concerned. Not by permission of the archive manager; such an arrangement is not known under the archival law. The exercise of freedom does not require a permission. In contrast, the prerogative of the interested party may be called into question if it clashes with other freedoms and rights – with the prospect of partial or full refusal of access. In such proceedings, initiated ex officio by the archive authority, the onus is on the archive authority to demonstrate why it is undermining the implicit information freedom of the interested party. The latter may provide explanations, disclose the purpose of their research – but in no case does the process entail seeking the authority’s permission to access. The spectrum of outcomes includes various options to reconcile opposing information interests – in favour of disclosure and in favour of withholding – or to establish primacy of one over the other, with potential denial of access. It is also possible that the initial presumption of access constraints would be found erroneous, which should result in discontinuation of the proceedings.

Over several decades of the archival law remaining in force, its access-related module was modified a number of times. Nevertheless, even its original wording constituted a protoliberal phenomenon in the authoritarian era. Three subsequent heads of state archives have worked on the long-proceeded drafts. None of them outwardly resembled schoolbook heroes, but all of them were involved – sometimes in paradoxical ways – in academic research, including history, or at least in research invoking the authority of academia. Thus, the undeniable feature of information openness has reflected not so much the liberal spirit, as the internal interests of researchers’ community. The ideals of universal freedom of information seem to have remained out of mental grasp of the fathers of regulation, who, while differing from each other, were equally steeped in the oppressive order. And yet, formulas developed in their time were imbued with far-going potential.

This complex standard, evolving over time, does not, however, seem to have a strong impact. In particular, archives of certain bodies of authority and administration distance themselves from it, and remain, traditionally and in many countries, exempt from the general system – in the name of public interest. The institution of being exempted from the authority of the head of state archives had found many more adherents over the years and became trivialized. Accessibility of their holdings is regulated by an act of law that has the form of secondary legislation to the Act on archives, but its content is effectively a permission to not follow that Act.

The effective addressees of the access rules enshrined in the Act on archives are the state archives – which, contrary to their name, are by far not the only ones within the structures of state administration. It constitutes a major burden for them, as they have always lurked on the periphery of normative and administrative culture, not hungering for competences in  the area of information rights and freedoms. They do recognise them, but often stop at simplistic and wobbly references thereto. Thus, regulations in this area may turn out to be orphaned.

They could well be absent from the Act on archives. But by being there, they situate exploration of documentary heritage within the universal system of rights and freedoms. They do not transport those interested in its constituent elements into a separate sphere of prerogatives and prohibitions. The key principles of access, and even more so, denial of access, are, as it be, “borrowed” from elsewhere, from separate legislation. In the act devoted to the archives sector, access principles are but a list of references to other legislation, and in this particular place may seem almost secondary, redundant.

Final archivisation of documents is an organisational event, devoid of relevance in terms of access rules. If anything changes at the threshold of the archive, it is eventuated by the time that had passed since the information was recorded, its detachment from current interests, the decay of secrets and mysteries. At this stage of documents’ lives, information freedoms may become emphasized.

While archivistics focuses on documents, the access-related module of the Act on archives falls into the sphere of use of information versus its temporary concealment. Although it literally speaks of providing access to written records, its normativity pertains to the content itself, not the material form of the documentary relics. The only premise for denial of access that is reasonably “owned” by archives is protection of their physical integrity.

When access is granted in the setting of the reading rooms of the archives, those interested receive access to the content along with the carrier. It is only rarely, however, that they wish to examine the corpus mechanicum of the documents; predominantly they seek access to their their information content. For this reason, the “real” relics (including the relatively recent ones) and their images are made available interchangeably.  The concept of “original” is used sparsely, as the archives meticulously preserve also historical forgeries and copies, taking into account the fact that in the past they functioned as if authentic and elicited very real consequences.

This aspect was revisited in a particular way in connection with implementation of personal data protection laws; it took form of a stipulation that archives should also preserve documents original collection of which was unlawful or where such documents are false, inaccurate or incomplete. The archives preserve what was actually created. The nature of protection creates an impassable barrier, however the archives have shifted this barrier to the time of access, somewhat stretching the provision on “archiving purposes in the public interest”, included in the European regulation. This allows them to wait until the data protection expires naturally.

The legislators have never specified what providing access to documentary relics by archives consists of, what it actually is. For a long time they seemed to rely on the purported obviousness of the concept. When later they wanted to abandon this terminological fiction, a competing understanding of the concept, not favourable to archives, prevailed in the legal system. It described informational readiness. The holder of the content should share it in such a way that it can be consulted or downloaded immediately and freely by anyone. Open ICT systems are the natural environment for such operations. Movement of multiple portions of the information offered may never occur. It is conceivable that no such event will ever occur, but nonetheless sharing is deemed to have been achieved – by creating potential of access. This approach is employed in particular by the public sector open data standard.

The archives, on the other hand, were handed the minority version. Providing access to the documents collected is not interpreted as the sheer possibility of access, but rather specific instances of its execution. Each time, access is initiated by the interested individual. Understanding access as an actual event, episode, or sequence of episodes of information flow, remains inconsequential as long as it has a positive outcome. In such a situation, the term merely describes a sequence of technical and material actions, not greatly divergent from its alternative interpretations. The semantic divergence becomes salient when access is limited or denied, when the interested party’s plan does not come to fruition, at least not in its entirety. At this point, the event-driven rather than potentiality-related nature of providing access to documentary heritage comes to the foreground. Such lexical inconsistency could not, however, linger forever in the legal system – and it’s up to archives to seek new language.

Despite the definition shortcomings, the Act explains, that the archives provide access to collected documents, enabling the interested parties to peruse them. The archives ensure convenient methods of searching for them in registers, and subsequently of viewing their content. They are process organizers, but not co‑researchers. Their guests reach raw information contained in historical documents following their own criteria and as a rule are not guided or assisted (unless in specified modes), nor equipped with convictions. Such reticence does not exclude helpfulness, sharing expertise; the neutrality paradigm could blend into the background if it were not for manifestations of the alternative vision of archives, in which they influence people’s awareness and attitudes, shape collective memory and interpret the documentary legacy.

The mission of archives includes taking care of information apparatus and means to register the collected records – both the historical ones, with potential modifications, and those developed subsequently. Omissions and errors in this area would make the documentary legacy a land without maps, impassable.

Drawing from information holdings is free of charge.  Initially, the Act tied this guarantee with the objectives (needs) of the interested parties listed therein. Providing access for other purposes was to be paid, however this differentiation has never materialized. Currently archives refer to the charge model known from regulations on open data and re-use of public sector information. An interested party shall cover the cost of information transfer if it requires that the archive incurs additional costs due to requested “special method or form”. The two concepts of charging are separated through a long-lived notion of “archival services”. It is still present in the Act, but devoid of its former legal intent. It became embedded in the standard of information re‑use, as the access regulations for final archives can be seen as their early prototype, free even of application rigours.

The reference level of “ordinary” costs incurred by the archive, such as do not waive the guarantee of free access, is habitually associated with the interested party’s personal peruse of documents in the archive’s reading room. This type of access is close to realities from the distant past, when the Act on archives was enacted in a pre-digital world. With time, the ICT systems were to become the equivalent arena for exploring documentary heritage without incurring additional cost.

The interested parties access documentary relics of the past personally, or via the archives, requesting them to search for information and documents. They are allowed – beyond ordinary perusal, learning the content of the documents and traditional taking notes – to copy documents they receive in the reading rooms; in the virtual space, they can download files. Obtaining information with assistance from the archives usually occurs beyond the threshold of free access, with “special method or form” of transferring information remaining the conclusive criterion for deciding whether additional costs were incurred or not.

For decades, the Act on archives confronted demands for access with their constraints, generally referred to as “interests protected by the law”. Subsequently, those constraints were categorized. Statutory secrets were identified (both public and professional), and next to them – protection of personal rights and personal data. Protection of risks to integrity of documentary relics was also taken into account. Draft bill included copyright protection as well, but it was removed during the legislative process. It was of no particular significance anyway, given that the entire enumeration consists of references to separate acts of law, independently applicable.

Moreover, the archival law has developed its own specific form of information protection – delayed open access periods, assigned to several types of documentation that typically pose a risk for information autonomy of citizens. In most cases, they were correlated with estimated maximum human lifespan.

Access barriers of the first type could have been overridden by information privileges of interested parties, related to their social roles distinguished by the law, exercised occasionally (even if very regularly). This required examination during the denial of access proceedings. Open access periods, on the other hand, were definitive, and any deviations therefrom were nominally not subject to administrative discretion. Certain interested parties were eligible for waivers; not based on their information privileges, but rather who they are (especially if they were the subjects of the protected data). The law protects information autonomy of persons identified in documents – but not from themselves. It was also assumed that the status of persons thus entitled is objectivized, subject to determination without evaluation.

Near-absolute open access period rules, prohibiting access for multiple decades, have clashed against the culture of immediacy and the social habit of negotiating individual exemptions. Information autonomy of citizens turned out to be a value that was unable to compete effectively against the cult of mundane curiosity and a tendency to deem information privileges absolute. Open access wait periods were also weakened by their legislative imperfections. After a few years of being in force, they were effectively faded out of the legal order. This brought closer the perspective of going back to the original framework formula of access constraints, although clearly worded differently. A broad normative approach would have the Act stating that when providing access to documents, the archives shall give proportional respect to interests protected by the law, which may be affected by interested party’s accessing the content of the documents. The final archives’ struggle with conundrums and dilemmas of information freedoms and rights, including predictions of transformation of legal regulations, should be perceived as a stage coming to an end. Future methods of information creation and circulation are not fully cognizable, neither is the capacity to capture it – including the “perpetually” important. The rivers of communication flows seem to drift away from archives – such as they are. Thus, the future management of accumulating historical information stock is uncertain and its actors unknown.

Przepisy dostępowe publicznych archiwów w Polsce. Komentarz krytyczny. Stan prawny na 31 grudnia 2024 r.

Spis treści

  1. Access regulations for public archives in Poland 2016-2024. A critical commentary (résumé)
  2. O czym?
  3. Źródła prawodawczych inicjatyw
  4. Obszar regulacji